Chwilę później Profesor wszedł do klasy. Sprawdzian Lydii leżał nadal na mojej ławce. Kiedy przyszedł czas oddania prac, starałem się zakryć imię i nazwisko, żeby nie zrobić zamieszania. Wychodząc z sali chciałem podziękować dziewczynie i zapytać, dlaczego mi pomogła - o ile pomogła - ale szybko uciekła. Na resztę lekcji nie przyszła. Po wszystkich zajęciach poszliśmy ze Scottem na trening lackross, gdzie również się nie popisałem. Cały dzień zleciał mi zadziwiająco szybko i bezsensownie.
O dwudziestej wyszedłem z domu na krótki spacer. Przechodząc obok komisariatu, postanowiłem wejść i zobaczyć co u taty. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy byli zapracowani. Skręciłem do biura szeryfa, który też wyglądał na zajętego.
- Cześć tato. - powiedziałem. Uniósł głowę, a jego mina przedstawiała coś więcej niż tylko zaskoczenie.
- Co tu robisz? - zapytał. Usiadłem na kanapie, ściągając z siebie kurtkę.
- Wpadłem zobaczyć, jak się masz. - uśmiechnąłem się do taty, mając nadzieję, że nie będzie zły.
- Cieszę się. - odwzajemnił mój uśmiech. - Jak w szkole? - zapytał, układając na biurku jakieś papiery.
- Dobrze, mieliśmy dzisiaj sprawdzian z matmy. - odparłem.
- I jak Ci poszło? - gdyby mnie znał, nie zadałby mi tego pytania. Nigdy nie byłem dobry z matmy. W sumie z niczego nie byłem dobry, nadal jestem zwykłym leniem.
- Mam nadzieję, że dobrze. - odpowiedziałem przypominając sobie sytuację, jaka zaszła na sprawdzianie.
- Twoje oceny z matmy zazwyczaj są marne, mam nadzieję, że tym razem się przyłożyłeś? - o proszę, jednak co nie co o mnie wie.
- Możliwe, że tym razem będzie lepiej. - uśmiechnąłem się. Rozmowę przerwał nam zastępca:
- Mamy nowe zgłoszenia, chyba musimy się zbierać szeryfie. - zakomunikował. Wziąłem do ręki kurtkę, dając do zrozumienia, że wyjdę i nie będę przeszkadzał.
- Stiles - znów zatrzymał mnie tata. Odwróciłem się, żeby na niego spojrzeć. - zamów pizze na około dwudziestą drugą. Zjemy razem kolację. - uśmiechnął się. Przytaknąłem, odwzajemniając uśmiech i wyszedłem z biura.
Zaczynało kropić, więc zastanawiałem się, czy wracać do domu. Chodziłem uliczkami Beacon Hills już około godziny. Przypominając sobie słowa taty, zadzwoniłem do najbliższej pizzerii i zamówiłem naszą kolację. Idąc dalej chodnikiem, na którym było już mnóstwo śladów deszczu, poczułem, że ktoś podąża za mną. Zwolniłem kroku, aby upewnić się, że nic mi nie grozi. Mimo, że było to małe miasto, to nie do końca niewinne. Dlatego mój tata ma zwykle tak dużo pracy.
- Stiles? - usłyszałem dziewczęcy głos. Odwróciłem się niepewnie. Długie, rude włosy były spięte w kucyk. Nie miała na sobie dużej ilości makijażu, jak to zwykle w szkole. Ubrana była w jeansową kurkę, białą bluzkę i spódniczkę, oraz tradycyjnie - wysokie buty. Nie jest jej zimno?
- Śledzisz mnie? - spytałem zaskoczony. Mimo tego, jak bardzo pociąga mnie jej wygląd, starałem się opanować i nie dawać tego po sobie poznać.
- Nie, mieszkam przecież niedaleko. - uśmiechnęła się.
- A, przepraszam. - znów wyszedłem na głupka.
- Nie często Cię tu widuję, dlatego mnie zaskoczyłeś. - ciągnęła rozmowę.
- Tak jakoś idę dzisiaj przed siebie, nie wiem jak się tu znalazłem. - po chwili zorientowałem się, co powinienem zrobić. - odprowadzić cię? - spytałem
- Chodź. - gestem pokazała, abyśmy ruszyli.
- Dziękuję, że pomogłaś mi na matmie. - powiedziałem w końcu.
- Nie ma sprawy, nic prostszego. Chociaż tak mogłam się odwdzięczyć, że nie zepsułeś przyjęcia mojej mamy.
- Nie rozumiem. - odparłem.
- Jest tu raz na rok. - powiedziała. Faktycznie, mama Lydii nie jest częstym gościem w Beacon Hills. - zazwyczaj, kiedy zabiera mnie i dziadków do drogiej restauracji, to wynajęci kelnerzy skupiają się na tym, żeby zdobyć mój numer, niż na konkretnej obsłudze. Jak usłyszała, że jesteś z mojej szkoły, nie była zadowolona, jednak pod koniec przyjęcia widziałam, że to się zmieniło, bo wszystko było takie normalne...takie jak powinno być. - kiedy to mówiła, co jakiś czas zerkała mi w oczy. Moje serce biło jak oszalałe, miałem tylko nadzieję, że tego nie widać w żaden sposób.
- Miło mi. Mimo wszystko napisanie za mnie sprawdzianu to zdecydowanie za dużo. Może chcesz wpaść do mnie na pizze? - zaryzykowałem.
- W sumie..czemu nie! Mamy i tak nie ma w domu, a Jackson... - słysząc to imię przeszedł mnie dreszcz - ..nie ma o czym mówić. Chodźmy. - dawno nie widziałem jej tak rozpromienionej. Skręciliśmy w uliczkę, która prowadziła do mojego domu. Nie docierało do mnie co właśnie zrobiłem.
Kiedy weszliśmy do domu była dwudziesta pierwsza trzydzieści. Lydia ściągnęła kurtkę i powiesiła przy wejściu. Gestem pokazałem, żeby poszła do salonu.
- Napijesz się czegoś? - spytałem.
- Wody. - odpowiedziała z uśmiechem. Poszedłem więc do kuchni po dwie szklanki i wodę. Gdy wróciłem, dziewczyna siedziała już na kanapie, a TV był włączony.
- Proszę. - podałem jej szklankę i usiadłem obok.
- Dziękuję - odparła.
- Mogę o coś zapytać? - wymamrotałem.
- Śmiało. - uśmiechnęła się, biorąc łyk zimnego napoju.
- Dlaczego nagle jesteś dla mnie taka miła? - tak, naprawdę mnie to zastanawiało.
- A byłam kiedyś niemiła? - odpowiedziała zdziwiona.
- Na przykład na przyjęciu swojej mamy. - odparłem bez wahania. Zaśmiała się.
- Bałam się, że jesteś taki jak inni i zatrzymasz mnie przy tej łazience, dlatego musiałam cię jakoś spławić. Wybacz. - uśmiech nie schodził jej z twarzy. Wyglądała tak ślicznie, a przez to jej zachowanie czułem, że kocham ją coraz bardziej, czego nie mogłem okazać w żadnym stopniu.
- Nie ma sprawy. - odpowiedziałem odwzajemniając uśmiech. Wybaczyłem jej już o wiele wcześniej. Naszą rozmowę przerwał dźwięk otwierających się drzwi.
- Tato, Lydia zje z nami kolację. - zakomunikowałem, kiedy szeryf przekroczył próg domu.
- A to niespodzianka - powiedział lekko zaskoczony - bo Natalie też zje dzisiaj z nami. - powiedział, a w drzwiach pojawiła się Pani Martin.
***
dostępne również na: https://www.wattpad.com/story/66527076-stydia-you-look-like-you're-gonna-ignore-me

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz