wtorek, 22 marca 2016

Rozdział1

***
     Najdłuższy dzień mojego życia zaczął się z opóźnieniem. Tego niedzielnego poranka obudziłem się zbyt późno, żeby zjeść spokojnie śniadanie i wziąć prysznic, więc nie pozostało mi nic innego, jak spakować sprzęt do gry i skonsumować najważniejszy posiłek dnia, czekając w Jeepie na Scotta. On nigdy nie był punktualny, więc rozkoszując się smakiem kanapki z moim ulubionym serem czekałem na przyjaciela. 
      Na dźwięk wystrzału podskoczyłem. Nie znoszę boisk, zwłaszcza tych szkolnych. Siedzieliśmy ze Scottem na ławce, zaledwie dziesięć stóp od terenu gry, a ja miałem wrażenie, że w niej uczestniczę. Zapach potu pod kaskiem i ten powiew wiatru, kiedy już się go ściągnie, ah to jest coś. Doświadczam tego tylko na treningach. Pomimo, że na każdym meczu lacrosse grzejemy ławki, to i tak należymy do najlepszej drużyny w całej Californii. Dzisiaj też wygramy, nie musiałem tu przychodzić, żeby to wiedzieć. W sumie, żałuję, że tu jestem. Impreza dzień przed meczem to nie najlepszy pomysł. Głowa mi pęka i mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Dawno nie czułem się tak źle. Jednak nie każdy wygląda, jakby miał kaca. Wręcz przeciwnie, wszyscy są pełni życia - poza mną.
- Szybko wczoraj zniknąłeś. - odezwał się do mnie Scott.
- Wiem. - westchnąłem.
- Lydia siedzi trzy rzędy dalej, nie przejmuj się, że usłyszy. - odparł.
- Nie o nią chodzi. - skłamałem.
- Widzę, że nie chcesz rozmawiać. 
- To nie tak Scott. Ja po prostu już odpuszczam. - postanowiłem. 
- Po tylu latach? Stary, nareszcie wracasz do żywych. - ucieszył się przyjaciel. 
     Wiedziałem. Plakaty drużyny lacrosse były rozwieszone po całej szkole. Każdy z nich przestawiał Jacksona - kapitana drużyny, a za razem chłopaka słynnej Lydii Martin. Osoba odpowiedzialna za reklamę doskonale wiedziała co robi, wybierając to zdjęcie. Widać tylko naszego bohatera, który unosi swój kij do gry i celuje w stronę bramki. Wydrukowali mnóstwo egzemplarzy i trafili w dziesiątkę, ponieważ przyklejane taśmą plakaty Jacksona często ginęły znikając w szafkach dziewczyn.
- Stiles ty mnie w ogóle słuchasz? - szturchnął mnie przyjaciel.
- Nie. - odpowiedziałem szczerze.
- Co robisz w weekend? - spytał, mając nadzieję, że tym razem odpowiem.
- Dopiero poniedziałek, a ty mnie pytasz co robię za pięć dni?
- Tak. 
- Załatwiłem sobie pracę dorywczą, będę kelnerem na przyjęciu jakieś 40-stki.
- Po co? - zdziwił się.
- Mam w planach kupić nowy samochód, a nie chcę naciągać taty. - stwierdziłem.
- Rozumiem. Szkoda, bo liczyłem, że się zabawimy.

                                                                ***

- Czuję się jak głupek. - odparłem do Liama, z którym całkiem przypadkiem znalazłem się na tym samym przyjęciu. Staliśmy w olbrzymiej kuchni, gdzie stoły uginały się do wypolerowanych owoców. Pojęcia nie mam, czy te wszystkie dania mają być podawane w jakiś szczególny sposób. Mam tylko nadzieję, że utrzymają się na mojej srebrnej tacy.
- Nie tylko tak się czujesz, ale też tak wyglądasz. - zaśmiał się Liam. - i chcę, żebyś wiedział, że nie kupuję tej gadki, że oszczędzasz pieniądze na nowy samochód.
- Nie rozumiem o co Ci chodzi. - odpowiedziałem zdziwiony.
- Oh, Stiles. Cóż za niespodzianka zobaczyć cię na urodzinach mojej matki. Proszę, zatańcz ze mną. - kolega najwidoczniej ze mnie drwił. Śmiał się na cały głos, gestem pokazując, żebym się odwrócił. Od sali, gdzie odbywało się przyjęcie dzieliła nas tylko szklana szyba. Przy stole siedziała dziewczyna z rudymi włosami, jak u Lydii. Powiem nawet więcej...to była Lydia. A razem z nią, siedziała tam jej mama i kilku innych starczych ludzi. Przeszedł przeze mnie dreszcz, zastanawiałem się, jaka będzie jej reakcja, kiedy mnie tu zobaczy. Dałem ciała na imprezie tydzień temu, a co dopiero teraz?
- Nie wiedziałem. - powiedziałem szczerze do Liama, który był zajęty swoim odbiciem w srebrnej tacy. Szlak, że też muszę akurat tak jej się pokazać. Szczęście, że nie ma z nimi Jacksona.
- Panowie - nie wiadomo skąd w kuchni pojawił się szef. - Czy moglibyście zaszczycić swoją obecnością gości przybyłych na przyjęcie? Jestem przekonany, że bardzo ucieszy ich wasza doświadczona obsługa. - uśmiechnął się, gestem zapraszając nas na salę. Przełknąłem głośno ślinę. Pozwoliłem Liamowi prowadzić, żebym mógł obserwować co robi. Starałem się naśladować jego ruchy, ponieważ sam nie byłem doświadczony w tych sprawach. Stanąłem za kolegą, szeroko się uśmiechając i unikając wzroku Lydii, która zapewne nie była zafascynowana moją obecnością. Liam oficjalnie zapowiedział, że za chwilę podamy obiad i wino, po czym wróciliśmy do kuchni.
- Ty weź kieliszki, a ja wezmę jedzenie. - uśmiechnął się Liam.
- Ooo nie. - odparłem, ponieważ moje doświadczenie z kieliszkami nie jest kolorowe. Na przyjęciu urodzinowym mamy Scotta, wraz z nim pozbyliśmy się wszystkich z szafki, ponieważ nieostrożnie jeden wyciągając zahaczyłem o trzy inne i tak wszystkie znalazły się na ziemi, oczywiście już nie w całości.
- No dobra. To tam są talerze z zupą. - powiedział bez sprzeciwu, co mnie zaskoczyło. Chyba o to mu właśnie chodziło. Wziąłem na tacę cztery talerze i próbując utrzymać równowagę, czekałem na Liama. Kiedy ten był gotowy, ruszyliśmy na salę. Serce biło mi jak oszalałe, ale udawałem przed dziewczyną - która podoba mi się od podstawówki - że jej obecność tutaj wcale na mnie nie wpływa. Pierwsza osoba, do której podszedłem była solenizantka - mama Lydii. Następnie starsza kobieta, prawdopodobnie jej babcia, potem według mnie - jej dziadek. Lydię zostawiłem na koniec. Podszedłem ostrożnie, ale skupiając się na jej zielonych oczach nie zwróciłem uwagi, że talerz ześlizguje mi się z tacy. Nim się obejrzałem, zupa była już na sukience dziewczyny.
- Ty draniu! - krzyknęła.

                                                                  ***

dostępne również na: https://www.wattpad.com/story/66527076-stydia-you-look-like-youre-gonna-ignore-me




1 komentarz:

  1. Wow! Świetne! Czekam z niecierpliwośćia no dalsza czesc! :]

    OdpowiedzUsuń