niedziela, 8 maja 2016

Rozdział7

***

    Do domu zawitałem około północy. Nie ukrywam, że tata nie był zadowolony moim późnym powrotem. Jednak mimo wszystko nic mi na ten temat nie powiedział. 
- Jak było? - zapytał, kiedy wyciągałem butelkę wody z lodówki.
- Nie najgorzej. - odparłem. Pod tym ukrywało się "nigdy nie przeżyłem lepszego wieczoru, to prawie spełnienie marzeń".
- Rozumiem, że porozmawiamy o tym innym razem? - uśmiechnął się. - mykaj na górę, za pół godziny masz spać. - zaśmiał się. Przytaknąłem, po czym poszedłem do swojego pokoju. Nie było mowy, że dzisiaj zasnę. Wziąłem prysznic i wróciłem do pokoju. Położyłem się na łóżku, patrząc w sufit. Chciałbym do niej napisać,  ale nie będę nachalny. Jeśli będzie chciała, to sama się odezwie.
    Długo rozmyślałem, aż w końcu zasnąłem. Obudził mnie dźwięk telefonu.
- SZLAK! - powiedziałem do siebie. Była ósma jeden. Zaspałem na zajęcia. Ponad to na ekranie wyświetliło mi się multum smsów od Scotta.  "Wybacz stary, dopiero wstałem." - odpisałem przyjacielowi, szybko zbierając się z łóżka. Spakowałem sprzęt na trening, kilka zeszytów i pobiegłem do Jeepa.
   Odpuściłem na pierwszą lekcję, bo nie miało sensu wchodzenie do klasy o tej porze. Poszedłem do szatni, żeby odłożyć torbę na trening. Ku mojemu zdziwieniu był tam też Jackson. Olewając najbardziej znienawidzonego przeze mnie człowieka w naszej szkole, ruszyłem w stronę swojej szafki. Usłyszałem kroki. Gdy się odwróciłem, Jackson stał już za mną.
- Byłeś wczoraj z Lydią, prawda? - powiedział, a jego oczy błyszczały nienawiścią. Nie odpowiedziałem, zamurowało mnie. - nie zbliżaj się do niej. - powiedział w końcu po chwili ciszy i wyszedł z szatni. Przewróciłem oczami, po czym schowałem torbę i poszedłem na korytarz.
    Przerwa zaczęła się po piętnastu minutach. Podchodząc do Scotta wychodzącego z klasy, rozglądałem się, czy przypadkiem Lydia nie pojawiła się w szkole, choć wiedziałem, że są na to marne szanse. Myliłem się. Uśmiech rudowłosej zauważyłem na drugim końcu korytarza. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że szła w moją stronę.
- Co ty taki niewyraźny? - zapytał Scott, ściągając mnie na ziemię.
- Późno szedłem spać. - odparłem. Lydia w końcu do nas podeszła.
- Cześć. - uśmiechnęła się.- wyspany? - zapytała, nie zmieniając wyrazu twarzy.
- Trochę. A ty? - odpowiedziałem, po czym spojrzałem na Scotta. Jego mina była bezcenna.
- Nie spałam. Stwierdziłam, że jeśli zasnę, to już do szkoły nie wstanę, a wypadało przyjść na sprawdzian z biologii. - powiedziała. Szlak, zapomniałem. - A co tam u Ciebie McCall? - zwróciła się do Scotta, żeby włączyć go w naszą rozmowę. Przyjaciel trochę się zmieszał.
- Wszystko dobrze. - odparł po chwili ciszy. Naszą rozmowę przerwał przystojniak.
- Kochanie, przyjdziesz dzisiaj na mój trening? - zapytał Jackson, całując swoją dziewczynę.
- No jasne! - odparła, totalnie nas olewając.
- Widzę, masz kolegów. - powiedział Jack, spoglądając na mnie i Scotta.
- Tak.. - zawahała się.
- Chodź, zaraz matma. - stwierdził, powoli odchodząc od nas i dając Lydii do zrozumienia, żeby poszła za nim.
- Do zobaczenia. - odparła w naszą stronę i poszła. Czułem, jak w gardle rosła mi gula. Wiem, że czeka mnie jeszcze wywiad ze Scottem, bo o niczym nie wiedział. Jednak nie chciałem o tym teraz rozmawiać.
- Jak przyjechałeś do szkoły? - zapytałem, chcąc zarzucić temat.
- Busem. - odpowiedział przyjaciel bez zastanowienia.
      Pot spływał mi z czoła strumieniami. Biegnąć już szóste kółko wokół boiska, czułem jak tracę oddech. Zostały jeszcze cztery, a miałem wrażenie, że moje płuca zaraz wyskoczą z klatki piersiowej.
- Stillinski, jak nie masz siły to usiądź. - odezwał się trener. Nie chciałem siadać, bo wiedziałem, że na trybunach siedzi Lydia. Jednak mimo to, przy ósmym kółku zrezygnowałem. Spojrzałem na widownię, ale dziewczyny tam nie było. Usiadłem na ławce, żeby chwilę odetchnąć, po czym informując trenera, że idę do toalety, poszedłem na parking szkoły. Nie mam pojęcia, co mnie tam pokierowało. Rudowłosa siedziała w swoim samochodzie i przecierała oczy chusteczką. Podbiegłem do pojazdu i zapukałem w szybę. Gdy odsłoniła oczy, zobaczyłem jej rozmazany makijaż. Szybko spojrzała w lusterko, przejechała palcami po powiekach i otworzyła okno.
- Lydia, czemu płaczesz? - spytałem
- Nie płaczę, Stiles. Te łzy są z nikąd, serio. Wracaj na trening. - tłumaczyła się.
- Są od Ciebie. - odpowiedziałem.
- Tylko. - szepnęła, ledwo coś z siebie wyduszając.
- To jest wystarczający powód. - powiedziałem, ocierając jej łzę, płynącą po policzku.


                                                              ***


dostępne również na: https://www.wattpad.com/story/66527076-stydia-you-look-like-you're-gonna-ignore-me




piątek, 22 kwietnia 2016

Rozdział6

***

     W szkole faktycznie jej nie ma. Moja nadzieja nie pryskała, aż do trzeciej lekcji. Potem uznałem, że faktycznie nie przyjdzie. Scottowi nic nie powiedziałem, o wczorajszych wydarzeniach. Jedyne na co czekałem dzisiaj, to lekcja matematyki. Jak nigdy tego pragnąłem. Ocena to będzie dobry pretekst, żeby napisać do Lydii. W końcu sama o to prosiła. 
     Kiedy zaczęła się matma, ulżyło mi na widok sprawdzonych wczorajszych prac. Profesor przywitał się z nami, po czym wziął sprawdziany do ręki i przeszedł do klasie, żeby je rozdać. 
- Stilinski, wiedziałem, że jak chcesz, to potrafisz. - powiedział, podając mi moją pracę. Nie wierzyłem własnym oczom, że mam pięć plus. Jednak, żeby powiadomić Lydie musiałem poczekać do przerwy. 
    Na przerwie poszedłem do łazienki. Nie mam pojęcia, gdzie podział się Scott, ale w tym momencie mało mnie to obchodziło. Zastanawiałem się, jak ująć w słowa wiadomość. "Dziękuję, dostałem pięć"? "Jesteś wielka, lepszej oceny nie dostanę przez całe swoje życie"? Rozważając wiele opcji, w końcu zostałem przy najprostszej: "mamy 5+ ;)". Wyszedłem z łazienki w poszukiwaniu Scotta. Po chwili mój telefon zawibrował. W sumie czemu się tu dziwić, dziewczyny mają w zwyczaju szybko odpisywać...ale nie mi. Na widok wiadomości, serce zabiło mi mocniej: "To może opowiesz mi wieczorem na spacerze, jak to się stało, że tak doskonale Ci poszło? ;D". Bez wahania się zgodziłem. Umówiliśmy się o dziewiętnastej pod jej domem. Schowałem telefon, a moje bujanie w obłokach przerwał mi Scott.
- Wszędzie cię szukam! - powiedział. 
- Coś się stało? - zdziwiłem się.
- Trener powiedział, że jedziemy na zawody i musimy obowiązkowo zostać jutro po szkole. - poinformował mnie. 
- Nie ma sprawy. - odparłem. Po dzwonku poszliśmy na lekcje. Potem na kolejną, i jeszcze jedną. Aż w końcu przyszedł czas na dom. 
     Wziąłem najlepsze perfumy, jakie miałem, ubrałem się w najlepszą koszulkę i jeansy. Zmieniałem strój chyba cztery razy, żeby nie wyglądać zbyt elegancko. 
- Idziesz na randkę? - zapytał tata, który wszedł do mojego pokoju nieproszony.
- Nie, to tylko spacer z koleżanką. - odparłem.
- Tak, też to tak nazywałem. - westchnął. - te spodnie są dziurawe, weź lepiej te z łazienki, które ci wyprałem. - przewróciłem oczami, ale stwierdziłem, że go posłucham. Poszedłem się przebrać. Kiedy wybiła osiemnasta trzydzieści wyszedłem z domu. Idąc ciemną uliczką, dziękowałem Bogu, że nie pada deszcz. Gdy podszedłem pod dom Martin, Lydia już tam stała. Dzisiaj miała rozpuszczone włosy i mocno różową szminkę. Podchodząc bliżej, zauważyłem, że dziś ma mocniejszy makijaż niż wczoraj. Mocno przylegające jeansy, idealnie pasowały do tych wysokich butów, białej koszulki i kremowej kurtki ze skóry. Przywitaliśmy się podaniem ręki, po czym ruszyliśmy przed siebie. Opowiadała mi o swoich kontaktach z mamą. Kiedy tego słuchałem, dochodziło do mnie, że między mną i moim tatą nie jest tak źle, jak myślałem. 
- Zaszliśmy trochę daleko. - stwierdziła po około dwóch godzinach naszego spaceru.  
- Masz pojęcie gdzie jesteśmy? - zapytałem, rozglądając się po okolicy. Zaśmiała się i pokiwała przecząco głową.
- Patrz, tam jest chyba przystanek autobusowy! - powiedziała, wskazując palcem gdzieś w głąb ciemności. Nic tam nie widziałem. - no chodź, sprawdzimy. - powiedziała, chwytając mnie za rękę i ciągnąc za sobą. Faktycznie był tam przystanek. Autobus, który zatrzymuje się przy naszej okolicy miał jechać dopiero za pół godziny, więc usiedliśmy na ławce, która była obok. 
- Jak to jest być najbardziej pożądaną dziewczyną w całej szkole? - zapytałem, żeby przerwać niezręczną ciszę. 
- Ciężko, bo z nikim się nie dogadasz. Każdy spojrzy na ciebie, jak na tą dupę do zaliczenia i tyle. - powiedziała. Podczas tej wypowiedzi nie spojrzała na mnie ani razu. 
- A ty? Zakochujesz się czasem, czy jesteś z kimś po to, żeby mieć spokój? - spytałem szczerze. Zawsze dręczyło mnie to pytanie.
- Zakochuję się, jak chyba każda dziewczyna. - zaśmiała się. - Kiedyś w podstawówce nawet ty mi się podobałeś. - w końcu na mnie spojrzała.
- Poważnie? - to mnie zabolało. Czyli jest duże prawdopodobieństwo, że ja i Lydia Martin podobaliśmy się sobie nawzajem. Gdybym tylko wtedy wiedział... 
- Tak. Ale dobrze, że mi przeszło. - powiedziała, zarzucając włosami. 
- Czemu dobrze? - zdziwiłem się. 
- Bo Tobie się nie podobam i zapewne nie doszłoby do tej rozmowy teraz, bo już dawno byś mnie odtrącił. 
- A skąd wiesz, że mi się nie podobasz? - nie żałuję, że to powiedziałem.
- Bo to widać. - uśmiechnęła się. Ulżyło mi, że tego nie wie, ale za razem żałowałem, że nie wykorzystałem tej sytuacji w inny sposób. 

                                                                     *** 





piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział5

***

    Atmosfera była lekko napięta. Pizza przyszła chwilę po powrocie naszych rodziców. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie tę kolację. Gdy zjedliśmy tata grzecznie zasugerował, żebyśmy poszli z Lydią na górę. Wątpię, że była zachwycona tym pomysłem, ale posłuchaliśmy go. 
- Skąd nasi rodzice się znają? - zapytała Lydia, kiedy zamknąłem drzwi pokoju.
- Pewnie poznali się na komisariacie przy jakieś sprawie. - zasugerowałem, siadając na łóżko. Lydia chodziła po moim pokoju, obserwując plakaty i rzeczy na półkach. Bałem się, że odkryje coś, czego nie chciałbym, żeby wiedziała, ale miałem nadzieję, że nic takiego się w tym pomieszczeniu nie znajduje. 
- Lubisz lackross? - zapytała.
- Jestem w drużynie. - odparłem.
- Nie często chyba grasz, prawda? - zaśmiała się. Nie chciałem na to odpowiadać, więc przemilczałem. - Scott jest twoim przyjacielem? - zapytała, spoglądając na nasze wspólne zdjęcie, które leżało na biurku. 
- Tak, znamy się od podstawówki. - odpowiedziałem, uśmiechając się. 
- To słodkie. - powiedziała, podnosząc ramkę. - Zawsze chciałam mieć przyjaciółkę. - zaskoczyła mnie tym stwierdzeniem.
- Nigdy nie miałaś? - spytałem.
- Nigdy nie miałam nikogo, kogo mogłabym nazwać przyjacielem. Z chłopakami zwykle kończyło się to związkiem, a dziewczyny.. nie wiem, po prostu nie umiemy się dogadać. - odparła, co jakiś czas spoglądając na mnie. Oparła się o biurko, czekając aż odpowiem. A ja zaniemówiłem. Po chwili ciszy zebrałem się, żeby odpowiedzieć.
- Nie dziwię się. Ciężko spotkać chłopaka w szkole, który by nie marzył o randce z Tobą. - odpowiedziałem. 
- Nawet Ci zajęci? - jej mina wyrażała o wiele więcej, niż obrzydzenie.
- Pewnie tak. - powiedziałem, uśmiechając się. 
- I pomyśleć, że mój chłopak tego nie docenia. - powiedziała pod nosem, ale mimo to usłyszałem.
- Dlaczego nie docenia? - spojrzała na mnie. Patrzyła mi prosto w oczy, pewnie zastanawiając się, czy może mi zaufać. 
- Nie chcę o tym rozmawiać, wybacz. - odpowiedziała, spuszczając wzrok. 
- Rozumiem. - odparłem.
- Powinnam już iść. Rano wstajesz do szkoły. - uśmiechnęła się.
- A ty?- postanowiłem zapytać.
- Mnie się tam jutro nie spodziewaj. Daj znać o ocenie z matmy. 
- Mam do ciebie przyjść i oznajmić, jaką mam ocenę? - zaśmiałem się.
- Po prostu napisz. - powiedziała zapisując na pierwszej lepszej kartce na biurku swój numer. Potem jeszcze raz posłała mi ciepły uśmiech i wyszła z pokoju. Powinienem ją odprowadzić, ale nie miałem siły. Zbyt dużo przeżyć, jak na jeden dzień. Wziąłem ręcznik, bokserki na zmianę i poszedłem pod prysznic. Słyszałem z łazienki, jak tata żegna się z mamą Lydii, dlatego po kąpieli spokojnie wszedłem do salonu, gdzie tata sprzątał po kolacji. 
- Tato, mogę o coś zapytać? - zawahałem się.
- Przepraszam, że nie wyglądało to tak, jak ustalaliśmy. - nie mam pojęcia, dlaczego mnie za to przeprasza.
- Łączy cię coś z Panią Martin? - zapytałem wprost.
- Skąd, to było tylko służbowe spotkanie, pomaga nam w śledztwie. - zaśmiał się. Trochę mi ulżyło. 
- Pomóc Ci? - spytałem, patrząc jak tata zbiera talerze i szklanki.
- Dam sobie radę. Idź już spać, bo zaśpisz do szkoły. - posłał mi szeroki i troskliwy uśmiech. Odwzajemniłem to i poszedłem do siebie na górę.
      Rano o dziwo wstałem bez problemu. Spokojnie naszykowałem sobie rzeczy do szkoły i zjadłem śniadanie. Tata odebrał mi przed pracą Jeepa z warsztatu, więc nie byłem zdany na autobus. I całe szczęście. Miałem pół godziny w zapasie, więc wróciłem do swojego pokoju. Na biurku leżała kartka z numerem Lydii. Wyciągając z kieszeni telefon, wahałem się, czy go zapisać. W końcu jednak to zrobiłem. Uśmiechając się do siebie, usiadłem na łóżku. Przypomniałem sobie, że dzisiaj jej nie będzie. Przez chwilę ogarnął mnie smutek. Wspominałem naszą wczorajszą rozmowę. Przykro mi, że nie ma żadnych przyjaciół i nigdy nie miała. Najwidoczniej z Jacksonem też jej się nie układa. Może dlatego postanowiła zjeść ze mną tę kolację? Chciała o nim nie myśleć, albo zrobić mu na złość? W mojej głowie rodziło się pełno pytań, dlaczego ja. Po pół godzinie poszedłem do Jeepa i pojechałem po Scotta.

                                                                          ***

piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział4

***

        Chwilę później Profesor wszedł do klasy. Sprawdzian Lydii leżał nadal na mojej ławce. Kiedy przyszedł czas oddania prac, starałem się zakryć imię i nazwisko, żeby nie zrobić zamieszania. Wychodząc z sali chciałem podziękować dziewczynie i zapytać, dlaczego mi pomogła - o ile pomogła - ale szybko uciekła. Na resztę lekcji nie przyszła. Po wszystkich zajęciach poszliśmy ze Scottem na trening lackross, gdzie również się nie popisałem. Cały dzień zleciał mi zadziwiająco szybko i bezsensownie.
    O dwudziestej wyszedłem z domu na krótki spacer. Przechodząc obok komisariatu, postanowiłem wejść i zobaczyć co u taty. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy byli zapracowani. Skręciłem do biura szeryfa, który też wyglądał na zajętego.
- Cześć tato. - powiedziałem. Uniósł głowę, a jego mina przedstawiała coś więcej niż tylko zaskoczenie.
- Co tu robisz? - zapytał. Usiadłem na kanapie, ściągając z siebie kurtkę.
- Wpadłem zobaczyć,  jak się masz. - uśmiechnąłem się do taty, mając nadzieję, że nie będzie zły.
- Cieszę się. - odwzajemnił mój uśmiech. - Jak w szkole? - zapytał, układając na biurku jakieś papiery.
- Dobrze, mieliśmy dzisiaj sprawdzian z matmy. - odparłem.
- I jak Ci poszło? - gdyby mnie znał, nie zadałby mi tego pytania. Nigdy nie byłem dobry z matmy. W sumie z niczego nie byłem dobry, nadal jestem zwykłym leniem.
- Mam nadzieję, że dobrze. - odpowiedziałem przypominając sobie sytuację, jaka zaszła na sprawdzianie. 
- Twoje oceny z matmy zazwyczaj są marne, mam nadzieję, że tym razem się przyłożyłeś? - o proszę, jednak co nie co o mnie wie.
- Możliwe, że tym razem będzie lepiej. - uśmiechnąłem się. Rozmowę przerwał nam zastępca:
- Mamy nowe zgłoszenia, chyba musimy się zbierać szeryfie. - zakomunikował. Wziąłem do ręki kurtkę, dając do zrozumienia, że wyjdę i nie będę przeszkadzał. 
- Stiles - znów zatrzymał mnie tata. Odwróciłem się, żeby na niego spojrzeć. - zamów pizze na około dwudziestą drugą. Zjemy razem kolację. - uśmiechnął się. Przytaknąłem, odwzajemniając uśmiech i wyszedłem z biura.  
    Zaczynało kropić, więc zastanawiałem się, czy wracać do domu. Chodziłem uliczkami Beacon Hills już około godziny. Przypominając sobie słowa taty, zadzwoniłem do najbliższej pizzerii i zamówiłem naszą kolację. Idąc dalej chodnikiem, na którym było już mnóstwo śladów deszczu, poczułem, że ktoś podąża za mną. Zwolniłem kroku, aby upewnić się, że nic mi nie grozi. Mimo, że było to małe miasto, to nie do końca niewinne. Dlatego mój tata ma zwykle tak dużo pracy.
- Stiles? - usłyszałem dziewczęcy głos. Odwróciłem się niepewnie. Długie, rude włosy były spięte w kucyk. Nie miała na sobie dużej ilości makijażu, jak to zwykle w szkole. Ubrana była w jeansową kurkę, białą bluzkę i spódniczkę, oraz tradycyjnie - wysokie buty. Nie jest jej zimno? 
- Śledzisz mnie? - spytałem zaskoczony. Mimo tego, jak bardzo pociąga mnie jej wygląd, starałem się opanować i nie dawać tego po sobie poznać.
- Nie, mieszkam przecież niedaleko. - uśmiechnęła się. 
- A, przepraszam. - znów wyszedłem na głupka.
- Nie często Cię tu widuję, dlatego mnie zaskoczyłeś. - ciągnęła rozmowę.
- Tak jakoś idę dzisiaj przed siebie, nie wiem jak się tu znalazłem. - po chwili zorientowałem się, co powinienem zrobić. - odprowadzić cię? - spytałem
- Chodź. - gestem pokazała, abyśmy ruszyli.
- Dziękuję, że pomogłaś mi na matmie. - powiedziałem w końcu. 
- Nie ma sprawy, nic prostszego. Chociaż tak mogłam się odwdzięczyć, że nie zepsułeś przyjęcia mojej mamy. 
- Nie rozumiem. - odparłem.
- Jest tu raz na rok. - powiedziała. Faktycznie, mama Lydii nie jest częstym gościem w Beacon Hills. - zazwyczaj, kiedy zabiera mnie i dziadków do drogiej restauracji, to wynajęci kelnerzy skupiają się na tym, żeby zdobyć mój numer, niż na konkretnej obsłudze. Jak usłyszała, że jesteś z mojej szkoły, nie była zadowolona, jednak pod koniec przyjęcia widziałam, że to się zmieniło, bo wszystko było takie normalne...takie jak powinno być. - kiedy to mówiła, co jakiś czas zerkała mi w oczy. Moje serce biło jak oszalałe, miałem tylko nadzieję, że tego nie widać w żaden sposób. 
- Miło mi. Mimo wszystko napisanie za mnie sprawdzianu to zdecydowanie za dużo. Może chcesz wpaść do mnie na pizze? - zaryzykowałem. 
- W sumie..czemu nie! Mamy i tak nie ma w domu, a Jackson... - słysząc to imię przeszedł mnie dreszcz - ..nie ma o czym mówić. Chodźmy. - dawno nie widziałem jej tak rozpromienionej. Skręciliśmy w uliczkę, która prowadziła do mojego domu. Nie docierało do mnie co właśnie zrobiłem. 
     Kiedy weszliśmy do domu była dwudziesta pierwsza trzydzieści. Lydia ściągnęła kurtkę i powiesiła przy wejściu. Gestem pokazałem, żeby poszła do salonu.
- Napijesz się czegoś? - spytałem.
- Wody. - odpowiedziała z uśmiechem. Poszedłem więc do kuchni po dwie szklanki i wodę. Gdy wróciłem, dziewczyna siedziała już na kanapie, a TV był włączony. 
- Proszę. - podałem jej szklankę i usiadłem obok.
- Dziękuję - odparła. 
- Mogę o coś zapytać? - wymamrotałem.
- Śmiało. - uśmiechnęła się, biorąc łyk zimnego napoju.
- Dlaczego nagle jesteś dla mnie taka miła? - tak, naprawdę mnie to zastanawiało.
- A byłam kiedyś niemiła? - odpowiedziała zdziwiona.
- Na przykład na przyjęciu swojej mamy. - odparłem bez wahania. Zaśmiała się.
- Bałam się, że jesteś taki jak inni i zatrzymasz mnie przy tej łazience, dlatego musiałam cię jakoś spławić. Wybacz. - uśmiech nie schodził jej z twarzy. Wyglądała tak ślicznie, a przez to jej zachowanie czułem, że kocham ją coraz bardziej, czego nie mogłem okazać w żadnym stopniu. 
- Nie ma sprawy. - odpowiedziałem odwzajemniając uśmiech. Wybaczyłem jej już o wiele wcześniej. Naszą rozmowę przerwał dźwięk otwierających się drzwi. 
- Tato, Lydia zje z nami kolację. - zakomunikowałem, kiedy szeryf przekroczył próg domu.
- A to niespodzianka - powiedział lekko zaskoczony - bo Natalie też zje dzisiaj z nami. - powiedział, a w drzwiach pojawiła się Pani Martin. 

                                                                ***


piątek, 1 kwietnia 2016

Rozdział3

***

-Mama kazała mi tu przyjść. - wytłumaczyła się od razu.
- Wejdź. - zaproponowałem niechętnie. Kiedy dziewczyna weszła do kuchni, gdzie ją pokierowałem, Scott zaniemówił. Tego zdziwienia naprawdę nie da się opisać.
- Powinienem wyjść? - zapytał przyjaciel.
- Zostań. - odpowiedzieliśmy z Lydią prawie że wspólnie. Zaproponowałem, żeby usiadła.
- Ja tylko na chwilę. - powiedziała.
- Herbaty? - wyręczył mnie Scott.
- Nie dziękuję. - uśmiechnęła się do niego.
- Coś się stało? - wydusiłem z siebie. Starałem nie skupiać się na jej oczach, ani niczym innym. Próbowałem zachowywać się jak normalny facet.
- Przyszłam podziękować w imieniu mamy za udane przyjęcie i miłą obsługę.Szybko się uwinąłeś i mama nie zdążyła powiedzieć Ci tego osobiście, a obecnie jest u szeryfa Stilińskiego w jednej sprawie. - powiedziała jakby mówiła jakąś formułkę. Ciekawe, przez ile czasu to ćwiczyła.
- Nie ma sprawy. - odpowiedziałem, jednym okiem spoglądając na Scotta, który o niczym nie wiedział.
- To ja już pójdę. - powiedziała, po czym wyszła z mojego domu tak szybciej, niż moje oczy zdążyły mrugnąć. Nie opiszę tego, jak się czuję. Mogłem robić sobie nadzieje, że to ona przekonała mamę, żeby tu przyjść, ale po co? Skoro każdy dobrze zna prawdę. 
- Teraz się spowiadaj. - Scott spoważniał. Oparł się o stół, krzyżując ręce na klatce piersiowej i dał mi do zrozumienia, że zamienia się w słuch.
- Nie wiedziałem, że to przyjęcie jej mamy. - powiedziałem od razu. - Poza tym nieźle nawaliłem.
- Żadna nowość. - stwierdził Scott, uśmiechając się i niecierpliwie czekając na dalszy ciąg mojej historii.
- Obiad wylądował na jej sukience. Możemy zmienić temat? Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać.
- Możemy. Idziemy zagrać? - zaproponował przyjaciel. Za to go kocham.
- Idziemy. - odparłem zdecydowanie.
       Scott opuścił mój dom około trzeciej nad ranem. Postanowiłem nie iść już spać. Czekałem w salonie na tatę, oglądając jakieś bezsensowne programy w TV. Myślałem o niej. Kogo ja próbuję oszukać, nie zapomnę z dnia na dzień. Analizowałem wszystkie nasze spotkania, rozmowy, okazje, które zepsułem. Patrząc na to wszystko, zastanawiałem się, czy ona w ogóle wie, kim dla mnie jest. Mimo, że większość moich znajomych wie, jakim uczuciem ją darzę od dawna, to i tak nie znaczy, że te słuchy musiały dotrzeć do niej. Pomijając fakt, że za każdym razem, kiedy jest obok robię z siebie króla idiotów. Gubiłem się już sam w swoich myślach. Chaos w mojej głowie przerwał dźwięk otwierających się drzwi. 
- Cześć tato. - powiedziałem lekko zmęczonym głosem.
- Stiles, czemu Ty do diabła nie śpisz? - zapytał.
- A to jakiś problem? - unikałem odpowiedzi.
- Coś się stało, synu? - próbował zagrać dobrego ojca. No dobrze, jak na samotnie wychowującego mnie faceta, był dobrym ojcem. Nie mogę mu nic zarzucić. Wiem, że z kimś takim jak ja ciężko się dogadać.
- Była u Ciebie w biurze dziś w nocy Pani Martin? - przeszedłem od razu do sedna. 
- Była. - odparł bez zawahania. 
- Czego chciała? - może byłem zbyt nachalny, ale nie lubię chodzić na około. 
- Nie powinienem o takich sprawach rozmawiać poza pracą, Stiles. - odpowiedział. Spodziewałem się tego.
- Zawsze mogę zapytać, jak będziesz już w pracy. - uśmiechnąłem się, ale tata tego nie kupił.
- Dlaczego interesuje Cię jej osoba? - zapytał, wyciągając z lodówki ser, masło, pomidor i kilka innych rzeczy, które można zjeść na śniadanie. 
- W sumie nie istotne. Pogadamy potem, jestem zmęczony. - powiedziałem, wstając z kanapy i ruszając na górę do swojego pokoju.
- Stiles. - zatrzymał mnie tata. - O trzynastej muszę wrócić do pracy. Jest kilka ważnych spraw, które nie mogą poczekać. - powiedział lekko zmartwiony. 
- Nie szkodzi. - skłamałem, ale czego mogłem się spodziewać. Poszedłem do pokoju, rzuciłem się na łóżko z nadzieją, że zasnę. Pomimo mojego zmęczenia, to było trudne wyzwanie. 
        Poniedziałek zaczęliśmy testem z matematyki. Profesor był surowy, dlatego spodziewałem się kolejnej złej oceny. Nic nie umiałem, ale po kilku takich sprawdzianach moje stopnie przestały wpływać na moje sumienie. Nagle zadzwonił telefon. 
- Wybaczcie, to coś ważnego. Siedźcie cicho. - powiedział profesor i wyszedł z sali. Wszyscy zaczęli spoglądać do siebie i gwałtownie spisywać odpowiedzi. Ja jednak nie miałem do kogo zajrzeć, Scott siedział na drugim końcu sali, a pewnie i tak nic nie umiał. Ku mojemu zdziwieniu, osoba przede mną odwróciła się i z uśmiechem położyła kartkę na moją ławkę.
- Daj swoją, nieuku. - powiedziała Lydia, zabierając mój sprawdzian z ławki.

                                                               ***



sobota, 26 marca 2016

Rozdział2

***

   Lydia natychmiast poszła do łazienki. Przeprosiłem wszystkich obecnych, oddałem pustą tace Liamowi i pobiegłem za nią. Nie jestem pewien, czy dobrze robię. Stanąłem pod drzwiami łazienki i zwróciłem się do dziewczyny:
- Lydia, przepraszam. Wiesz, że nie chciałem. - próbowałem się usprawiedliwić. Robię z siebie debila, tak wiem o tym, ale to jest jedyna dziewczyna, na której mi naprawdę zależy. Poza tym, nie cofnę się teraz, bo wyszedłbym na jeszcze większego idiotę. Po chwili drzwi otworzyły się, a Martin była już ubrana w zupełnie inną sukienkę i na dodatek bardzo rozpromieniona. 
- Dziękuję, w tamtej było mi nie wygonie. - uśmiechnęła się. Próbowałem wyczuć sarkazm, ale mam nadzieję, że nie użyła go w tym zdaniu.
-W takim razie nie ma za co. - uśmiechnąłem się. Chyba po raz pierwszy się do mnie odezwała. Chciałem nawiązać jakiś kontakt.
- A teraz zejdź mi z drogi, niech lepiej nie widzą, że rozmawiam z kimś takim jak Ty. - czar prysł. przewróciła oczami i dosłownie zepchnęła mnie na bok. Nie potrafię opisać, jak bardzo mnie tym wkurzyła. Olałem ją i wróciłem do swojej pracy. W końcu miałem odpuścić. Do końca przyjęcia nie miałem ochoty nawet na nią spojrzeć, przysięgam. Czułem się zawstydzony. Mimo to, matka Lydii wcale nie zepsuła sobie tym humoru, co mnie trochę uspokoiło.
     Wsiadłem do Jeepa chcąc, żeby ten dzień się już skończył. Miałem ochotę schować się gdzieś głęboko pod ziemią. Jest grubo po dwudziestej drugiej, a ja nie czuję się zmęczony, wręcz przeciwnie. Jedyne co mogło mnie teraz bardziej dobić, to zbuntowane auto. Tak, mój Jeep nie chciał ruszyć, a jakikolwiek mechanik był dostępny w godzinach 9:00-18:00. Między innymi dlatego potrzebuję nowego auta.
      Zadzwoniłem po tatę z prośbą, żeby zwolnił się z pracy i zabrał mnie do domu. Kiedy jechaliśmy autem, przed oczami migały mi światła innych samochodów. Zatrzymaliśmy się pod domem. 
- Wybacz, że muszę cię zostawić samego. - powiedział, wyraźnie chcąc jak najszybciej wrócić do obowiązków. Ostatnio mam z nim kiepski kontakt. To boli, ponieważ moja mama nie żyje dość spory czas, a ja nie mam poparcia w jedynej bliskiej mi osobie. Sekundę po tym, jak auto najsławniejszego szeryfa w Beacon Hills odjechało, pod domem zauważyłem swojego przyjaciela.
- Co tu robisz? - zapytałem.
- Nie zostawię cię samego w weekend, tym bardziej w nocy, z wolną chatą. - odpowiedział. Gestem zaprosiłem go do środka. Marzyłem o tym, żeby ściągnąć z siebie ten głupkowaty strój. Scott czuł się jak u siebie, więc spokojnie bez słowa poszedłem do łazienki.
    Gdy wróciłem przyjaciel jadł najprawdopodobniej moją część obiadu. Nie szkodzi, nie byłem głodny. Usiadłem przy stole w kuchni na przeciwko Scotta udając, że wszystko jest w porządku.
- Jak było? - zapytał.
- Normalnie. - skłamałem.
- Twoja mina mówi co innego. Opowiadaj.
- Twoja mama ma nockę? - chciałem zmienić temat.
- Tak, co to ma do tego? - zdziwił się.
- Nic, zastanawiałem się, czy jesteś tu legalnie. - uśmiechnąłem się do przyjaciela.
- Odpowiesz na moje pytanie?
- Co mam Ci opowiedzieć? Nie wydarzyło się nic specjalnego, Scott. - skłamałem, mając nadzieję, że mi uwierzy. O uszy obijał mi się dźwięk deszczu, spadającego na dach. Trzeba przyznać, że pogoda była straszna.
- No dobra. - odpowiedział Scott po chwili ciszy. Odniósł talerz do zlewu, z lodówki wyciągnął zimną colę i wrócił do stołu. Ktoś zapukał do drzwi.
- Zapraszałeś kogoś? - zwróciłem się do przyjaciela.
- Nie, a ty? - na tą odpowiedź przewróciłem tylko oczami. Olałem to, mając nadzieję, że ktoś się po prostu pomylił, albo robi sobie żarty. Ale pukanie do drzwi powtórzyło się. Scott spojrzał na mnie pytająco, więc zebrałem się i wstałem. Nie ukrywając lęku, powoli otworzyłem drzwi, nie wierząc własnym oczom, kogo tam zobaczyłem. Mimo mojej złości, serce nie dawało mi spokoju. To już taki nawyk. Przemoczone, rude włosy i wyraz twarzy, dający mi do zrozumienia, że coś jest nie tak, a za razem jej zażenowanie moją osobą. Lydia Martin wie, gdzie mieszkam?

                                                               ***

dostępne również na: https://www.wattpad.com/story/66527076-stydia-you-look-like-you're-gonna-ignore-me


                          

wtorek, 22 marca 2016

Rozdział1

***
     Najdłuższy dzień mojego życia zaczął się z opóźnieniem. Tego niedzielnego poranka obudziłem się zbyt późno, żeby zjeść spokojnie śniadanie i wziąć prysznic, więc nie pozostało mi nic innego, jak spakować sprzęt do gry i skonsumować najważniejszy posiłek dnia, czekając w Jeepie na Scotta. On nigdy nie był punktualny, więc rozkoszując się smakiem kanapki z moim ulubionym serem czekałem na przyjaciela. 
      Na dźwięk wystrzału podskoczyłem. Nie znoszę boisk, zwłaszcza tych szkolnych. Siedzieliśmy ze Scottem na ławce, zaledwie dziesięć stóp od terenu gry, a ja miałem wrażenie, że w niej uczestniczę. Zapach potu pod kaskiem i ten powiew wiatru, kiedy już się go ściągnie, ah to jest coś. Doświadczam tego tylko na treningach. Pomimo, że na każdym meczu lacrosse grzejemy ławki, to i tak należymy do najlepszej drużyny w całej Californii. Dzisiaj też wygramy, nie musiałem tu przychodzić, żeby to wiedzieć. W sumie, żałuję, że tu jestem. Impreza dzień przed meczem to nie najlepszy pomysł. Głowa mi pęka i mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Dawno nie czułem się tak źle. Jednak nie każdy wygląda, jakby miał kaca. Wręcz przeciwnie, wszyscy są pełni życia - poza mną.
- Szybko wczoraj zniknąłeś. - odezwał się do mnie Scott.
- Wiem. - westchnąłem.
- Lydia siedzi trzy rzędy dalej, nie przejmuj się, że usłyszy. - odparł.
- Nie o nią chodzi. - skłamałem.
- Widzę, że nie chcesz rozmawiać. 
- To nie tak Scott. Ja po prostu już odpuszczam. - postanowiłem. 
- Po tylu latach? Stary, nareszcie wracasz do żywych. - ucieszył się przyjaciel. 
     Wiedziałem. Plakaty drużyny lacrosse były rozwieszone po całej szkole. Każdy z nich przestawiał Jacksona - kapitana drużyny, a za razem chłopaka słynnej Lydii Martin. Osoba odpowiedzialna za reklamę doskonale wiedziała co robi, wybierając to zdjęcie. Widać tylko naszego bohatera, który unosi swój kij do gry i celuje w stronę bramki. Wydrukowali mnóstwo egzemplarzy i trafili w dziesiątkę, ponieważ przyklejane taśmą plakaty Jacksona często ginęły znikając w szafkach dziewczyn.
- Stiles ty mnie w ogóle słuchasz? - szturchnął mnie przyjaciel.
- Nie. - odpowiedziałem szczerze.
- Co robisz w weekend? - spytał, mając nadzieję, że tym razem odpowiem.
- Dopiero poniedziałek, a ty mnie pytasz co robię za pięć dni?
- Tak. 
- Załatwiłem sobie pracę dorywczą, będę kelnerem na przyjęciu jakieś 40-stki.
- Po co? - zdziwił się.
- Mam w planach kupić nowy samochód, a nie chcę naciągać taty. - stwierdziłem.
- Rozumiem. Szkoda, bo liczyłem, że się zabawimy.

                                                                ***

- Czuję się jak głupek. - odparłem do Liama, z którym całkiem przypadkiem znalazłem się na tym samym przyjęciu. Staliśmy w olbrzymiej kuchni, gdzie stoły uginały się do wypolerowanych owoców. Pojęcia nie mam, czy te wszystkie dania mają być podawane w jakiś szczególny sposób. Mam tylko nadzieję, że utrzymają się na mojej srebrnej tacy.
- Nie tylko tak się czujesz, ale też tak wyglądasz. - zaśmiał się Liam. - i chcę, żebyś wiedział, że nie kupuję tej gadki, że oszczędzasz pieniądze na nowy samochód.
- Nie rozumiem o co Ci chodzi. - odpowiedziałem zdziwiony.
- Oh, Stiles. Cóż za niespodzianka zobaczyć cię na urodzinach mojej matki. Proszę, zatańcz ze mną. - kolega najwidoczniej ze mnie drwił. Śmiał się na cały głos, gestem pokazując, żebym się odwrócił. Od sali, gdzie odbywało się przyjęcie dzieliła nas tylko szklana szyba. Przy stole siedziała dziewczyna z rudymi włosami, jak u Lydii. Powiem nawet więcej...to była Lydia. A razem z nią, siedziała tam jej mama i kilku innych starczych ludzi. Przeszedł przeze mnie dreszcz, zastanawiałem się, jaka będzie jej reakcja, kiedy mnie tu zobaczy. Dałem ciała na imprezie tydzień temu, a co dopiero teraz?
- Nie wiedziałem. - powiedziałem szczerze do Liama, który był zajęty swoim odbiciem w srebrnej tacy. Szlak, że też muszę akurat tak jej się pokazać. Szczęście, że nie ma z nimi Jacksona.
- Panowie - nie wiadomo skąd w kuchni pojawił się szef. - Czy moglibyście zaszczycić swoją obecnością gości przybyłych na przyjęcie? Jestem przekonany, że bardzo ucieszy ich wasza doświadczona obsługa. - uśmiechnął się, gestem zapraszając nas na salę. Przełknąłem głośno ślinę. Pozwoliłem Liamowi prowadzić, żebym mógł obserwować co robi. Starałem się naśladować jego ruchy, ponieważ sam nie byłem doświadczony w tych sprawach. Stanąłem za kolegą, szeroko się uśmiechając i unikając wzroku Lydii, która zapewne nie była zafascynowana moją obecnością. Liam oficjalnie zapowiedział, że za chwilę podamy obiad i wino, po czym wróciliśmy do kuchni.
- Ty weź kieliszki, a ja wezmę jedzenie. - uśmiechnął się Liam.
- Ooo nie. - odparłem, ponieważ moje doświadczenie z kieliszkami nie jest kolorowe. Na przyjęciu urodzinowym mamy Scotta, wraz z nim pozbyliśmy się wszystkich z szafki, ponieważ nieostrożnie jeden wyciągając zahaczyłem o trzy inne i tak wszystkie znalazły się na ziemi, oczywiście już nie w całości.
- No dobra. To tam są talerze z zupą. - powiedział bez sprzeciwu, co mnie zaskoczyło. Chyba o to mu właśnie chodziło. Wziąłem na tacę cztery talerze i próbując utrzymać równowagę, czekałem na Liama. Kiedy ten był gotowy, ruszyliśmy na salę. Serce biło mi jak oszalałe, ale udawałem przed dziewczyną - która podoba mi się od podstawówki - że jej obecność tutaj wcale na mnie nie wpływa. Pierwsza osoba, do której podszedłem była solenizantka - mama Lydii. Następnie starsza kobieta, prawdopodobnie jej babcia, potem według mnie - jej dziadek. Lydię zostawiłem na koniec. Podszedłem ostrożnie, ale skupiając się na jej zielonych oczach nie zwróciłem uwagi, że talerz ześlizguje mi się z tacy. Nim się obejrzałem, zupa była już na sukience dziewczyny.
- Ty draniu! - krzyknęła.

                                                                  ***

dostępne również na: https://www.wattpad.com/story/66527076-stydia-you-look-like-youre-gonna-ignore-me