Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stydia FanFiction po polsku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stydia FanFiction po polsku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 listopada 2016

Rozdział14

***

     Nie pomyliłem się. Lydia Martin stała właśnie przede mną. Ku mojemu zdziwieniu wyglądała na dość szczęśliwą. Zacząłem się zastanawiać, czy to przez to, że mnie tu zobaczyła, ale to była jedna z mniej możliwych opcji. Nie potrafię jednak opisać tego, jak się czułem spoglądając teraz w jej oczy. Cholernie tęskniłem za tym wzrokiem i nie miałem co się oszukiwać, że zastąpi mi go ktoś inny. 
- Co ty tu robisz? - zapytała w końcu. 
- Wracam do domu. - odpowiedziałem bez zastanowienia.
- Jesteś pijany? - zdziwiła się. Ja też. Nie mogłem być pijany, nie wypiłem tak dużo.
- Nie, wypiłem tylko dwa piwa. - odparłem.
- Czuję. - zrobiła minę, której także nie potrafię opisać. 
- Wybacz, pewnie nieźle ode mnie jedzie. - zaśmiałem się, nie wiedząc jak dalej ciągnąć rozmowę. 
- Dlaczego się nie odzywałeś? - spytała, dając mi do zrozumienia, że pójdzie ze mną. Szliśmy krok w krok, a do mnie po chwili dotarło, co powiedziała. Byłem zbyt skupiony na jej twarzy, ponieważ nie była tak bardzo pomalowana jak zwykle i wyglądała o wiele lepiej. 
- A dlaczego miałem się odzywać? - odpowiedziałem. Zamilkła na chwilę, odwracając ode mnie wzrok. 
- Racja, przeprosiny w sms'ie to kiepski pomysł. - odparła, robiąc minę, jakby chciała mi powiedzieć, że jest idiotką. 
- Jakim sms'ie? - nagle ożyłem. Zacząłem żałować, że nie zabrałem ze sobą telefonu. 
- Tym w sobotę w nocy. - odpowiedziała bez zastanowienia.
- Nie dostałem żadnego smsa. - stwierdziłem pewny swojej odpowiedzi. Przez chwilę milczała.
- To wiele wyjaśnia. - odpowiedziała w końcu uśmiechnęła się. Faktycznie to wyjaśnia bardzo dużo. Nienawidzę swojego operatora za to, że nie dostarczył mi tej wiadomości. 
- Co w nim napisałaś? - postanowiłem zapytać.
- Nic ważnego. - odparła. Zastanawiając się, jak to od niej wyciągnąć, zatrzymałem się. Ona po kilku krokach zrobiła to samo i za mnie spojrzała. Patrzyła mi perfidnie w oczy, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. 
- Słucham. - stwierdziłem, stojąc na środku chodnika, gdzie i tak nikt nie szedł poza nami.
- Oj chciałam przeprosić i pogadać. Nic wielkiego. - mruknęła. - Zebrałam się dopiero o tej drugiej w nocy, bo dużo o tym myślałam i - tu jej przerwałem.
- Druga w nocy?! - dosłownie krzyknąłem. 
- Co w tym dziwnego? - zdziwiła się.
- I sądzisz, że o drugiej w nocy od tak bym wyszedł i byśmy sobie porozmawiali po tym wszystkim? - miałem tylko nadzieję, że mówię z sensem.
- A co robimy teraz? - spojrzała na mnie przemądrzałym wzrokiem.
- Teraz nie ma drugiej w nocy. - chciałem być mądrzejszy. Po tych słowach pokazała mi ekran swojego telefonu. Była pierwsza czterdzieści siedem, więc mój argument nie był zbyt trafny. Zatkało mnie. Staliśmy tak jeszcze długą chwilę, a potem ruszyliśmy w stronę jej domu. Tym dałem jej do zrozumienia, że ją tam odprowadzę. 
    Dzięki Lydii droga zleciała mi bardzo szybko. Rozmawialiśmy niemal cały czas, co sprawiło, że stałem się spokojniejszy. Nie chciała powiedzieć, dlaczego była taka zdenerwowana, ale najprawdopodobniej to sprawa z Jasonem - jak zawsze. Nie wypytywałem jej o nic więcej, bo i tak nie uzyskałbym na to odpowiedzi. Kiedy wszedłem do domu, tata jeszcze nie spał. Siedział na kanapie i oglądał jakiś bezsensowny program w tv.
- Malia dzwoniła - powiedział, kiedy zorientował się, że wszedłem do domu.
- Do Ciebie? - zapytałem zdziwiony.
- Do Ciebie. Zostawiłeś telefon. - zaśmiał się, podając mi urządzenie, które wcześniej zostawiłem tu na szafce.
- Czego chciała? - w głowie miałem już pełno dialogów, jak mogła przebiec rozmowa między nimi.
- Nie odebrałem. - stwierdził. Ulżyło mi, kiedy usłyszałem te słowa. Wziąłem od taty telefon i spoglądając na niego, nie dowierzałem własnym oczom. Uświadomiłem sobie, że przecież nie miałem numeru tej dziewczyny. Nie mam pojęcia kiedy go zapisała, ale dzwoniła do mnie piętnaście razy. Treść sms'a zszokowała mnie o wiele bardziej.

                                                             ***



powróciłam po mega długiej przerwie, ale mam nadzieję, że nie na darmo.
Kisses! 💋
Do następnego rozdziału!


niedziela, 19 czerwca 2016

Rozdział13

***

   Długo opowiadała o tym, jak wspólnie jadły obiady w ogródku jej babci i jak prawie całe dnie spędzały poza domem.Wywierało to na mnie duże emocje, ponieważ ja i Scott mieliśmy podobnie. Co prawda nie bawiliśmy się w troskliwe matki, zajmujące się swoimi niemowlętami, ale też ciężko było nas zastać w domu. 
- Mieliście przez jakiś czas dobry kontakt z Lydią..nic Ci o mnie nie mówiła? - zapytała w końcu. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Nie sądzę, że Martin chciałaby, żebym powiadomił Malie, że nie chciała się do niej przyznać. 
- Nie zwróciłem uwagi. Jak to się stało, że straciłyście kontakt? - postanowiłem zmienić temat.
- Wystarczy para męskich portek, naprawdę nic wielkiego. - uśmiechnęła się. - Kiedy Lydia poszła po raz pierwszy na randkę, byłam strasznie zazdrosna. Co z tego, że był to plastikowy stolik na trawie i ciastka z promocji.. czułam się mniej doceniana. Tak było z każdym kolejnym razem, aż w końcu zdałam się na odwagę, żeby powiedzieć jej, że też ktoś mi się podoba. Wyśmiała mnie, mówiąc że pewnie tylko jej zazdroszczę i szukam czegoś na siłę. To była chyba nasza ostatnia rozmowa. Potem okazało się, że podobał nam się ten sam chłopak, ale nie miałyśmy już odwagi o tym rozmawiać. Nie wiem nawet, czy mnie jeszcze pamięta. - opowiadała to wszystko z takim uczuciem, że serce zaczęło mi szybciej bić. Chciałem odpowiedzieć, że Lydia nie jest na tyle zimna, żeby o niej zapomnieć po tym wszystkim, ale nie miałem co do tego pewności. 
- Nigdy bym się nie spodziewał. - mruknąłem. 
- Nikt by się nie spodziewał. - zaśmiała się, po czym wzięła kolejny kawałek pizzy. Resztę obiadu zjedliśmy w ciszy, wymieniając co jakiś czas po kilka zdań. 
    Kiedy wyszliśmy, Malia zaprosiła mnie do siebie. Nie miałem nic do stracenia, więc się zgodziłem. Ostrzegała, że jej siostra może chcieć mnie częstować alkoholem, dlatego na wszelki wypadek najpierw odwieźliśmy Jeepa. Wszedłem na chwilę do domu i zostawiłem tacie kartkę na stole, gdzie poinformowałem, że mogę wrócić późno. Blondynka poszła jeszcze do łazienki, a ja spojrzałem na telefon, który postanowiłem zostawić w domu. Tak zrobiłem. Czekając na Malie, napiłem się jeszcze wody. Kiedy wyszła, ruszyliśmy w stronę jej domu. 
    Miałem wrażenie, że ta droga nigdy się nie skończy.  Prawie całe cztery kilometry przeszliśmy w całkowitej ciszy, co sprawiało, że chciałem jak najszybciej uciekać do domu. Kiedy weszliśmy do małego, białego budynku, który liczył tylko parter i strych, poczułem zapach, którym mama zawsze wypełniała dom, kiedy jeszcze żyła. To były pierogi z serem. Stanąłem w małym pomieszczeniu, gdzie podłoga była wypełniona brązowym dywanem. Ściany były lekko ciemniejsze od niego, a na jednej z nich wisiało zdjęcie sióstr prawdopodobnie z mamą. Obok okna stała szafka z niewielkim telewizorem, a na przeciwko niej biała kanapa. Nogi bolały mnie tak okropnie, że marzyłem o tym, żeby na niej usiąść. Dom wyglądał bardzo skromnie, ale miał swój urok.
- Stiles, poznaj moją siostrę. - moje rozmyślanie przerwała Malia.
- Cześć, jestem Stiles. - powiedziałem dziewczynie, podając rękę. W przeciwieństwie do blondynki, miała czarne włosy i wyglądała na o wiele straszą.
- Miło Cię poznać. - uśmiechnęła się. Zdziwił mnie fakt, że nie przedstawiła się imieniem, aczkolwiek nie zastanawiałem się na tym długo. Szybko wyszła do kuchni, dając Malii do zrozumienia, że zostawi nas w spokoju. Usiedliśmy więc na wygodnej kanapie - nie żartuję! nigdy jeszcze nie cieszyłem się tak bardzo, że nareszcie mogę usiąść - i nastała cisza, którą dziewczyna przerwała po dłuższej chwili.
- Napijesz się czegoś? - zapytała.
- Wody, jakbyś mogła - odparłem.
- Chodziło mi o coś mocniejszego, ale oki - zaśmiała się i poszła do kuchni. Nie czułem się na tyle pewnie tutaj, żeby się upijać.
    Po jakimś czasie atmosfera stała się cieplejsza. Zaczęliśmy rozmawiać na każdy możliwy temat. Poczułem się swobodniej i wypiłem dwa piwa. Dziewczyna natomiast postanowiła pójść trochę dalej i nie żałowała sobie wina. Może dlatego była taka rozgadana? Nie ważne. Wracałem do domu bardzo późnym wieczorem. Gdyby nie lampy przy ulicy, prawdopodobnie nic bym nie widział. Było bardzo chłodno, przez co lekko się trzęsłem. Mając świadomość, że muszę przejść jeszcze około trzech kilometrów, zacząłem się zastanawiać, czy nie szukać noclegu u kogoś w okolicy. Przeglądając w myślach osoby, które mieszkają najbliżej, przyszła mi do głowy tylko jedna. Nie trudno domyślić się kto, jednak tam na nocleg nie miałem żadnych szans. Szedłem przed siebie z nadzieją, że ta droga szybko się skończy.
- Stiles? - moje rozmyślanie przerwał żeński głos i bardzo dobrze mi znany. Poza tym truskawkowy blond mogłem dostrzec w każdej ciemności.

                                                                ***





niedziela, 12 czerwca 2016

Rozdział12

***

   Malia wyglądała na zaniepokojoną. Spojrzałem na tatę, który tym bardziej był zmieszany, ponieważ nie wiedział nawet kto to jest. Wszyscy staliśmy cicho, nikt nie pisnął ani słowa. Postanowiłem, że to ja przerwę niezręczną ciszę.
- Nie spodziewałem się Ciebie tutaj. - posłałem blondynce ciepły uśmiech.
- Wiem, nie powinnam Cię nachodzić tak znienacka. - zmieszała się jeszcze bardziej.
- Nic się nie stało! - wtrąciłem się szybko. - Fajnie, że jesteś, wchodź. - powiedziałem, pokazując gestem, żeby poszła na górę. Tata patrzył na mnie podejrzliwie, ale wyglądał na zadowolonego. Wraz ze Scottem udaliśmy się za blondynką, której wskazałem drogę do mojego pokoju.
- Ładny masz dom. - powiedziała, kiedy zamknąłem za nami drzwi.
- Dziękuję i wybacz bałagan. - mruknąłem, spoglądając na niepościelone łóżko.
- Nic nie szkodzi, przecież to normalne. - zaśmiała się.
- Chcesz coś do picia? -  przyjaciel po raz kolejny mnie wyręczył w tej sprawie.
- Nie, dziękuję. Zostawiłam na dole kawałek ciasta, które moja siostra upiekła, mam nadzieję, że twojemu tacie będzie smakować. - zwróciła się do mnie, a uśmiech nie schodził jej z twarzy. 
- Na pewno. - odwzajemniłem uśmiech. Scott siedział przy moim biurku i bacznie nas obserwował. Usiadłem obok blondynki na łóżku, żeby poczuła się swobodniej. 
- Chciałam zapytać w szkole, czy nie dałbyś wyciągnąć się na jakąś kawę, ale zwątpiłam, bo wszyscy mówili o twoim zniknięciu z Lydią. Łączy Was coś? - zapytała prosto z mostu. Widać, że była konkretną dziewczyną, jednak nie spodziewałem się, że z taką łatwością może to przyjść komukolwiek. Lewym uchem usłyszałem lekki śmiech przyjaciela. 
- Nic nas nie łączy, nasi rodzicie byli razem na komisariacie i...z resztą to długa historia. Po prostu musieliśmy załatwić kilka spraw razem, nic poważnego. 
- Rozumiem. Czyli nie wchodzę w żaden sposób pomiędzy Was siedząc tutaj teraz? - słysząc to pytanie trochę się zawahałem. Nie odpowiedziałem od razu. Zacząłem zastanawiać się, czy właściwie da się wejść pomiędzy "nas". Jakby nie patrzeć Martin nie ma zielonego pojęcia o moich uczuciach no i przecież nie ma żadnych "nas". 
- Ma chłopaka. - mruknąłem. Po tym stwierdzeniu zapadła dłuższa cisza. Zrobiło się niezręcznie, a ja nie wiedziałem jak z tego wybrnąć. W końcu Malia zebrała się i kontynuowała dyskusję.
- Zjemy jutro razem obiad? Np pizza? - uśmiechnęła się. 
- Tak, będzie świetnie, masz czas jutro Scott? - zapytałem, po czym zorientowałem się, na jakiego wyszedłem debila. Jej pytanie było skierowane wyłącznie do mnie. Przyjaciel spojrzał na mnie z drwiącym wyrazem twarzy, ale olałem to. W końcu odpowiedział. 
- Nie, jutro mam zajęte popołudnie, ale sądzę, że sami dacie sobie radę. - dziękowałem Bogu, że nie wybuchnął śmiechem, wymawiając to zdanie.
- No to super, jesteśmy umówieni. Pójdę już, późno jest. - jej twarz naprawdę promieniała. - do zobaczenia jutro Stiles. - westchnęła.
- Czekaj, odprowadzimy cię. - zarzuciłem pomysł, który średnio spodobał się przyjacielowi.
- O, to świetnie! Miło z waszej strony. - odpowiedziała zwracając się wyłącznie do mnie.
- Zmienię tylko spodnie. - odparłem, pokazując na dresy, jakie miałem na sobie.
- Okej, poczekam. - zaśmiała się.  Nie spodziewałem się niczego wielkiego, to mogło się skończyć tylko na przyjaźni, o ile w ogóle. Musiałem się jakoś oderwać od ciągłego myślenia o Lydii, a ten obiad to była znakomita okazja.
    Kiedy odprowadziliśmy blondynkę, Scott postanowił, że też wróci już do domu, więc w miarę szybko położyłem się spać. Nad ranem zorientowałem się, że zaraz po szkole idę na obiad, co zmuszało mnie do lepszego ubioru, niż zwykła codzienna koszulka. Przez to omal nie spóźniliśmy się ze Scottem na lekcje.
   Zadziwiająco szybko zleciał mi ten dzień w szkole. Po skończonych zajęciach, stanąłem przy Jeepie, czekając na blondynkę. Ani razu nie widziałem dzisiaj w szkole Lydii, co dało mi do zrozumienia, że pewnie jej znów nie ma. Z drugiego końca parkingu machała mi Malia. Gestem zaprosiłem ją do siebie. Poprawiłem białą koszulkę, której dawno nie miałem na sobie i przeczesałem ręką włosy.
- To gdzie jedziemy? - zapytałem, kiedy blondynka podeszła bliżej.
- Liczę, że zabierzesz mnie do najlepszej pizzerii w Beacon Hills. - zaśmiała się, wsiadając do auta. To było wyzwanie.
     Bez wahania zatrzymałem się przy pizzerii, gdzie zawsze jemy z tatą. Kiedy zgasiłem Jeepa, spojrzałem na Malie, której uśmiech standardowo nie schodził z twarzy.
- Chodźmy. - westchnąłem po chwili, po czym wyszliśmy z wozu i weszliśmy do restauracji. Zamówiliśmy dużą pizze z serem, gdyż dziewczyna jest wegetarianką. Do picia wzięła wodę, a ja colę. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, to nie potrafiliśmy skończyć. Opowiadała mi o swojej rodzinie. Nie zna mamy i mieszka tylko ze starszą siostrą. Zaskoczyła mnie jednak tym pytaniem.
- Skąd znasz Lydię? - spojrzała mi prosto w oczy.
- Dlaczego akurat o nią pytasz? - chciałem uniknąć jej tematu.
- Bo wiem, że nie jest Ci obojętna. - uśmiechnęła się.
- Od dawna ją znam..tak po prostu. Ze szkoły. - odparłem. - A ty? - postanowiłem zapytać.
- Z podwórka. Jej babcia mieszkała blisko mnie, więc zawsze jak u niej była, to spędzałyśmy razem dużo czasu. - jej odpowiedź mnie zaskoczyła. Przecież Lydia wspominała, że nigdy nie dogadywała się z dziewczynami.

                                                          ***




      

niedziela, 5 czerwca 2016

Rozdział11

                                                             ***

    Cały weekend przesiedziałem w domu. W piątek w nocy dokonano kolejnego morderstwa, tym razem w lesie niedaleko naszej szkoły, przez co tata niemal całe dwa dni przesiedział w pracy. Lydia nie odezwała się ani razu. Jak idiota co chwilę spoglądałem na telefon, z nadzieją na jakąś wiadomość. Wstając w poniedziałek rano, zastanawiałem się, czy chcę pokazać się w szkole. Jednak byłem Scottowi winny wyjaśnienia, dlaczego zniknąłem. Podniosłem się z łóżka dosyć wcześnie, jak na siebie, więc bez pośpiechu zrobiłem wszystko, co powinienem.
     Poniedziałek standardowo zaczęliśmy matematyką. Kiedy wszedłem do klasy, Lydia była już w swojej ławce. Chciałem się przywitać, ale dziewczyna unikała mojego spojrzenia. Na lekcji rozmawialiśmy o funkcji kwadratowej. Martin nie odwróciła się do mnie ani razu. Po dzwonku szybko wyszła z sali. Nie miałem nawet zamiaru jej gonić, pewnie poszła do Jacksona. Idąc ze Scottem w stronę sali, gdzie mieliśmy mieć następne zajęcia, usłyszałem, że ktoś mnie woła. Byłem przekonany, że mam omamy, ale dla pewności odwróciłem się.
- Cześć! - niska blondynka o brązowych oczach radośnie podbiegła w naszą stronę.
- Hej, Malia! - posłałem jej gorący uśmiech. Scott tylko kiwnął głową.
- I jak tam? Szybko w piątek zniknąłeś. - mówiła, nie dając mi żadnego znaku, że źle zrobiłem, zostawiając ją wtedy.
- Tak, miałem do załatwienia jedną sprawę, nic poważnego. - odparłem.  Na siłę próbowała mi spojrzeć w oczy, jednak ja przyglądałem się całej jej twarzy. Poza tuszem do rzęs nie było na niej w ogóle makijażu.
- Dużo nie straciłeś, impreza i tak szybko się skończyła. - wzruszyła ramionami.Spojrzałem na przyjaciela, który nie wspomniał nawet, o której wrócił do domu. Ta rozmowa była jeszcze przed nami.
- Cóż, to chyba dobrze. Chociaż szkoda, bo nie pobawiliście się. - uśmiechnąłem się.
- Oh, bywało lepiej. - powiedziała. - To ja już pójdę, bo mam lekcje po drugiej stronie szkoły. - zaśmiała się, po czym ruszyła w przeciwną stronę korytarza, niż ja i Scott.
- Cześć - wymamrotałem pod nosem.
     Dzień w szkole strasznie mi się dłużył. W drodze powrotnej zamieniliśmy z przyjacielem parę krótkich zdań na temat piątkowego wieczoru. Zatrzymując się pod domem przyjaciela stwierdziłem, że warto dokończyć tę dyskusję, więc zaprosiłem go do siebie na kolację. Na szczęście się nie sprzeciwił. Poczułem lekką ulgę wiedząc, że mogę na niego liczyć. Poza tatą był tak naprawdę jedyną osobą, której teraz ufałem.
    Scott przyszedł chwilę przed powrotem taty, więc w trójkę zjedliśmy zamówioną przeze mnie wcześniej pizze. Przyjaciel doskonale wiedział, że lepiej nie poruszać przy szeryfie pewnych tematów, więc po skończonym posiłku poszliśmy na górę.
- więc o co tak naprawdę poszło między tobą i Martin? - zapytał, kiedy upewniliśmy się, że najstarszy facet w tym domu nas nie słyszy.
- W sumie o nic takiego. Była zła na mnie, że zostaję na komisariacie, a nie wracam z nią na imprezę, więc zadzwoniła po swojego chłopaka. - wzruszyłem ramionami, siadając na niepościelone łóżko w moim pokoju.
- Zabawne, bo siedziałem w jej domu do czwartej nad ranem, czekając aż wrócą. - mina Scotta w tym momencie mnie przerażała.
- Pewnie pojechali do klubu, bo było do przewidzenia, że zakończysz tą imprezę jak najszybciej. - to była jedyna opcja, jaka przyszła mi do głowy.
- Jakaś sugestia? - zaśmiał się.
- Skąd. - odpowiedziałem również się śmiejąc. Naszą dyskusję przerwał dzwonek do drzwi.
- Uuu twój tata spodziewa się kogoś? - zapytał Scott. Wzruszyłem ramionami, bo nie miałem pojęcia. Jedyne co przeszło mi przez myśl to kolejna tajemnica taty. Miałem ochotę wyjść z pokoju i sprawdzić kto to, ale nie chciałem robić scen przy przyjacielu. Jednak głos taty unoszący się z dołu mnie zaskoczył.
- Stiles! Ktoś do Ciebie! - na te słowa szybko podniosłem się z łóżka. Gestem dałem przyjacielowi do zrozumienia, żeby poszedł ze mną. Po drodze spojrzałem w lustro. Nie ukrywam, miałem cichą nadzieję, że to Lydia. Moje serce zaczęło bić mocniej, a w drodze na dół układałem już nasz dialog w głowie. Przed oczami miałem już ten truskawkowy blond i piękne oczy. Czar jednak prysł, kiedy dotarliśmy do salonu, gdzie dziewczyna stała obok mojego taty. Niska blondynka miała w ręce kawałek ciasta. Malia spojrzała mi prosto w oczy, po czym zmieszana swój wzrok skierowała na Scotta.  

                                                               ***




środa, 25 maja 2016

Rozdział10

***

        Jeśli mam być szczery, to mnie zamurowało. Od bardzo dawna, to dziewczyna przedstawia mi się jako pierwsza, przysięgam. 
- Jestem Stiles, miło mi. - uśmiechnąłem się. 
- Zatańczysz?- spytała. Już miałem porwać się w rytm muzyki, kiedy nagle oświeciło mnie, dlaczego tu jestem. 
- Innym razem. - odpowiedziałem, idąc w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą widziałem Scotta. Zrobiło mi się głupio, kiedy uświadomiłem sobie, jak spławiłem dziewczynę, mam nadzieję, że nie będzie chowała do mnie przez to żadnej urazy. Po kilku minutach znalazłem przyjaciela. Gestem starałem się wytłumaczyć mu, żebyśmy wyszli z tłumu, ale nie rozumiał, więc po prostu go za sobą pociągnąłem. Nie zatrzymując się nigdzie po drodze, poszliśmy do pomieszczenia, gdzie czekała na nas Lydia. 
- Nareszcie. - powiedziała z lekkim oburzeniem. 
- Mogłaś go sama szukać. - odpowiedziałem. 
- Co się dzieje? - zapytał Scott, przerywając naszą sprzeczkę. 
- Musimy się zbierać, więc przejmujesz dowodzenie. - powiedziała jasno. - Idziemy Stiles. - dodała, biorąc mnie za rękę i ciągnąc za sobą. Nie miałem nawet chwili, żeby wytłumaczyć przyjacielowi co się dzieje, za bardzo mnie poganiała. Szybko znaleźliśmy się poza domem. Wśród niewielu aut, dojrzałem Jeepa, w stronę którego ruszyłem. Lydia patrzyła na mnie pytająco. 
- A czym chcesz jechać? - spytałem, stając przy swoim aucie. 
- Przyjechałeś autem na imprezę? - nie ukrywała swojego zdziwienia. 
- Jak widać, opłacało się. Wsiadasz? - wpatrywałem się, jak wiatr rozwiewa jej piękne włosy. Nie była mocno pomalowana, jak przypuszczałem. Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym uśmiechnęła się i wsiadła do Jeepa. Zamknąłem za nią drzwi, po czym usiadłem na swoje miejsce. 
    Po drodze dużo rozmawialiśmy, zastanawiając się, co się stało, że rodzice postanowili wezwać naszą dwójkę. Zaparkowałem na terenie komisariatu. Chciałem, żeby Lydia szła przodem, ale nie pozwoliła na to. Do pokoju, gdzie siedział tata z Panią Martin weszliśmy równo. Mama Lydii wyglądała, jakby odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła swoją córkę.
- Dobry wieczór. - przywitaliśmy się oboje. Tata tylko kiwnął głową, a Pani Martin posłała nam ciepły uśmiech. Usiedliśmy na kanapie, naprzeciwko biurka Szeryfa i w ciszy czekaliśmy, aż dowiemy się, po co tu jesteśmy.
- Wiecie, że w okolicy grasuje morderca. - odezwał się w końcu tata.
- Tak. - odpowiedzieliśmy jakby chórkiem.
- Dlatego wolimy mieć Was na oku. - powiedziała mama Lydii.
- że co?! - Lydia dosłownie krzyknęła. Dawno nie widziałem jej tak zdenerwowanej.
- Kochanie, wiesz że się o Ciebie martwię. Co dla ciebie za różnica, czy posiedzisz z nami tutaj, czy w domu? - Martin próbowała uspokoić swoją córkę, ale wiedziałem, że to nie będzie skuteczne. Lydia jest zbyt uparta, a fakt, że u niej w domu właśnie jest impreza, jeszcze bardziej ją trzyma przy swoim. Rudowłosa wstała, dając do zrozumienia wszystkim, że zaraz wyjdzie z pomieszczenia.
- Lydia, nie denerwuj się. Mama chce dla Ciebie jak najlepiej. Wysłaliśmy wszystkich policjantów w teren, ale nie są w stanie pilnować każdego zakątku Beacon Hills. Co jeżeli trafi teraz na Ciebie? Jakby nie patrzeć, byłaś świadkiem poprzedniego morderstwa. - ciągnął tata. To co mówił, jeszcze bardziej oburzało dziewczynę. Widziałem to po jej wyrazie twarzy.
- Nic mi nie będzie. - odpowiedziała i bez ani jednego słowa więcej, wyszła. Spojrzałem na Szeryfa, który zmartwił się tą sytuacją. Wzrokiem dziękował mi, że nie robię takich scen, choć wiedział, że nie cieszy mnie siedzenie tutaj w piątek wieczorem. Mama Lydii wstała, chcąc iść uspokoić córkę. Zatrzymałem ją przy samym wyjściu.
- Porozmawiam z nią. - powiedziałem, ruszając w stronę drzwi.
     Lydia chodziła w te i z powrotem na chodniku, niedaleko komisariatu. Podszedłem do niej, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę, żeby nie doprowadzić jej do szału.
- Nareszcie. - odparła, widząc, jak zbliżam się w jej stronę.
- O co Ci chodzi? - spytałem.
- O co? Nie widzisz, że chcą zepsuć nam zabawę? Założę się, że jakiś sąsiad naskarżył, że jest za duży hałas i wezwali nas tu za karę. - mówiąc to, cała się trzęsła. Miałem ochotę wziąć ją w ramiona i wytłumaczyć, że to tylko ich troska, ale nie mogłem tego zrobić. Zdecydowanie by mnie odepchnęła.
- Martwią się. Czemu nie możesz po prostu zaufać swojej mamie?  - zapytałem, wahając się, czy dobrze robię.
- Zaufać? Chcesz powiedzieć, że tu zostajesz, tak? - nie chciałem na to odpowiadać, wiedziałem, że jeszcze bardziej się zdenerwuje.
- Zostaję. - przełamałem się po chwili milczenia.
- Super. Szerokiej drogi. Jackson po mnie przyjedzie. - powiedziała, trzęsąc się z zimna.
- Wejdź chociaż na chwilę do środka, zamarzniesz tutaj. - odparłem, wiedząc że nie mam tutaj żadnej władzy.
- Nie wracam tam. - odpowiedziała. Westchnąłem, ściągając swoją kurtkę.
- To weź chociaż to. - powiedziałem, nakładając okrycie na jej ramiona - cześć. - odparłem, po czym odszedłem. Z daleka jeszcze na mnie spojrzała, z wyrazem twarzy, który mówił "dziękuję". Wszedłem do pokoju, gdzie siedzieli nasi rodzice, bez słowa. Chciałem przeprosić, że nie dałem rady porozmawiać z jej córką, ponieważ ona pewnie zrobiłaby to o wiele lepiej. Nie miałem siły wydusić z siebie żadnego wyrazu. Chwilę później z okien komisariatu dostrzegłem auto Jacksona.

                                                                     ***





sobota, 21 maja 2016

Rozdział9

***

     Cisza stawała się coraz dłuższa. Zacząłem się obawiać, że nie uzyskam odpowiedzi. Jednak w końcu tata westchnął i zaczął mówić. 
- W mieście dokonano już trzech zabójstw. Każde następowało równo tydzień od poprzedniego. Jednego z nich świadkiem była Pani Martin, co nam daje kolejny trop. - odpowiedział. 
- Zabójstwa są dokonywane w każdy piątek? - zapytałem. 
- W nocy z piątku na sobotę. Dlaczego pytasz? - zdziwił się. 
- Bo mama Lydii będzie tam u Ciebie jutro w nocy. - odparłem. 
- Lydia Ci powiedziała? - zaśmiał się. 
- Przynajmniej ona. - westchnąłem, ale natychmiast tego żałowałem. Atmosfera zrobiła się nieco napięta. Mimo to, tata chciał ją trochę załagodzić. 
- Jest coś między Wami? - powiedział, olewając moje stwierdzenie. I całe szczęście, tylko że nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na to pytanie. 
- Nie, to tylko koleżanka. - odparłem, żeby nie skłamać. Może dla mnie była kimś więcej, ale to co było między nami, nie wskazywało na nic innego. 
- Możesz powiedzieć mi o wszystkim, Stiles. - stwierdził tata, próbując spojrzeć mi w oczy. 
- Wiem. - odpowiedziałem. Chciałem uniknąć opowiadania po raz kolejny tego, jak bardzo jestem w niej zakochany. 
      Jest piątek. Postanowiłem, że nie pójdę do szkoły. Już przed snem poinformowałem Scotta, żeby na mnie nie czekał oraz, że będę po niego pół godziny przed imprezą Lydii. Poranek jak i południe zleciały mi dosyć szybko. O ustalonym czasie pojechałem po przyjaciela. 
    Gdy przyjechaliśmy na miejsce, była tam już co najmniej połowa szkoły, a jakieś trzy czwarte z nich pod wpływem alkoholu. Stanęliśmy ze Scottem przy wejściu. On pomału znikał w tłumie, a ja rozglądałem się za truskawkowym blondem. Nagle ktoś mnie szturchnął. 
- Musisz mi pomóc. - powiedziała Lydia, biorąc mnie za rękę i ciągnąć za sobą. Miała na sobie bardzo krótką sukienkę, przez którą spokojnie można by dostrzec kolor jej majtek. Nie zdążyłem się przypatrzeć, jak mocno się pomalowała, ale spodziewam się, że jest to makijaż o wiele mocniejszy niż w szkole. W końcu to jej impreza. Kiedy przeciskaliśmy się przez tłum, zaczepił nas Mason. 
- Lydia, gdzie tu jest toaleta?! - krzyknął. 
- A chcesz sikać czy rzygać? - spytała. 
- Sikać. - odparł. 
- Schodami do góry i trafisz. - odpowiedziała, ciągnąc mnie dalej za sobą. Weszliśmy do małego pomieszczenia, gdzie były dwie półki na książki, mały fotel i biurko. Lydia zamknęła drzwi, żeby stłumić głośną muzykę. 
- Coś się stało? - spytałem. 
- Mama napisała mi esa, że tata nie może się do Ciebie dodzwonić. Oboje mamy przyjechać na komisariat jak najszybciej, a ja nie wiem co zrobić z imprezą. - panikowała. 
- Jackson się nimi nie zajmie? - to było tak na prawdę pierwsze, co przyszło mi do głowy. 
- Zdenerwował się, jak zapytałam czy Cię widział i że nie chcę powiedzieć mu o co chodzi. No i wyszedł. - odpowiedziała. Spojrzałem w jej oczy. Pokazywały jak bardzo jest smutna, a za razem zmieszana całą sytuacją. 
- Pójdę po Scotta. - powiedziałem po chwili ciszy, jaka między nami nastąpiła. Serce waliło mi jak oszalałe, ale zignorowałem to. Wyszedłem z pokoju i widząc tańczący tłum mogłem tylko życzyć sobie powodzenia. Przeciskając się pomiędzy pijanymi, co drugą osobę pytałem, czy widziała mojego przyjaciela. Każdy albo odpowiadał przecząco, albo po prostu to ignorował. Kiedy wreszcie dojrzałem bruneta, miałem chęć dosłownie do niego podbiec, jednak nie było to możliwe. Krzyk też był na nic, ponieważ muzyka była za głośna. Przeciskając się w stronę przyjaciela, potknąłem się i upadłem. Jednak to nie upadek był najgorszy, tylko fakt, że pod sobą miałem jeszcze kogoś. Szybko wstałem i podałem osobie leżącej rękę. Była to niska blondynka o ciemnych, brązowych oczach. 
- Przepraszam. - powiedziałem, nachylając się blisko nieznajomej, żeby usłyszała. 
- Nic nie szkodzi. - uśmiechnęła się. - Jestem Malia, a ty? 


                                                                    ***




poniedziałek, 16 maja 2016

Rozdział8

***


     Rozmawialiśmy chwilę. Wiem, że chodzi o Jacksona, ale nie chciała tego przyznać. Wróciłem na trening, gdzie drużyna zaczęła już grać. Trener podał mi kask, po czym wszedłem na boisko. Nie skupiałem się zbytnio na grze, bo nie zrobiłoby to żadnej różnicy, tak jak moja obecność tutaj. Lydia pojawiła się na trybunach pod koniec naszej rozgrywki. Parę minut później trener poinformował nas, że możemy już iść.
    Postanowiłem, że położę się dzisiaj wcześnie spać. Nie miałem ochoty na kolejne spóźnienie i wystawienie przyjaciela. Ponadto nie zapowiadało się na to, żeby Lydia zadzwoniła. Pewnie Jackson przemówił jej do rozsądku. Spoglądając na zegarek postanowiłem, że poczekam na tatę. Zajrzałem do lodówki, z nadzieją, że znajdę tam coś, co mógłbym podać na kolację. Nie mając dużego wyboru, przygotowałem kanapki i wstawiłem wodę na herbatę. W tym czasie tata wszedł do domu. 
- Jak było? - zapytałem bez przywitania.
- Jak zawsze. - odpowiedział bez większego zastanowienia. Szeryf wyglądał na bardzo zmęczonego, co mnie nie dziwiło. Kiedy odwiesił kurtkę, odwrócił się w moją stronę i spojrzał mi w oczy. Dostrzegłem w nich jego troskę.
- Zjemy razem kolację? - spytałem po dłuższej ciszy. 
- Czekałem na ten dzień. - uśmiechnął się. Gdzieś w sercu poczułem ciepło, a sam z siebie tryskałem radością. Tata usiadł przy stole, na którym leżał już talerz z kanapkami. Doniosłem tylko ciepłej herbaty i usiadłem obok rodzica. Brakowało mi takich chwil. 

     Głośny klakson Jeepa dał Scottowi do zrozumienia, że powinien już wyjść. Lekcja miała rozpocząć się za dziesięć minut, a zapowiadało się na to, że znów się spóźnimy. W końcu przyjaciel zszedł. Zobaczyłem, jak żegna się z mamą, po czym idzie w stronę mojego auta. Odpaliłem silnik, po czym, kiedy brunet usiadł na swoje miejsce i zapiął pasy, ruszyłem w stronę szkoły. 
- Wybacz, trochę zaspałem. - powiedział lekko zaspanym głosem Scott.
- Nie szkodzi. - odparłem.
- Masz zamiar mi wszystko opowiedzieć? - zapytał. Wiedziałem, że w końcu będę musiał, jednak nie byłem pewny, czy to właśnie ta chwila. 
- Robisz coś po południu? -westchnąłem.
- Raczej nie. - odpowiedział po chwili zastanowienia. 
- To idziemy na piwo. Wszystkiego się dowiesz. - powiedziałem. Nie wiedziałem, czy chcę, żeby wiedział wszytko, ale nie mogłem ciągle zwlekać. Znamy się od podstawówki, miał obowiązek wszystko wiedzieć. 
     Lekcje zaczęliśmy od matmy. Lydia weszła do klasy chwilę spóźniona. Miała na ustach mocno czerwoną szminkę, która świetnie grała z jej długimi, truskawkowo-blond i wyprostowanymi włosami. Szukałem jej spojrzenia, niestety z niepowodzeniem. W drodze do ławki nie spojrzała na mnie ani razu. Dopiero po sprawdzeniu obecności, odwróciła się do mnie, szepcząc po cichu "hej". Jej uśmiech natychmiastowo poprawił mi humor. 
      Na przerwie poszliśmy ze Scottem do sekretariatu uczniowskiego, żeby dowiedzieć się, czy profesor od historii jest dzisiaj w szkole. Ucieszyła nas wiadomość, że jednak nie, ponieważ oznaczało to, że kończymy zajęcia dwie godziny wcześniej. Po wyjściu z sekretariatu, przy drzwiach z zaplecza dostrzegłem włosy o truskawkowym blondzie. Nawet gdy jej nie szukam, to ją widzę. Też mnie zauważyła i gestem pokazała, że mam stać tu, gdzie stoję. Przeciskając się przez tłum uczniów, szukających swoich sal, w końcu znalazła się obok mnie. 
- Robię imprezę w piątek, wpadacie? - zapytała. 
- Jak zawsze. - odpowiedziałem za nas dwóch.
- To świetnie! o 19 u mnie. - oznajmiła.
- A twoja mama? - zdziwiłem się.
- Będzie z twoim tatą na komisariacie całą noc, nie martw się. - uśmiechnęła się i gestem dała mi do zrozumienia, że musi iść. Nie zdążyłem już na to odpowiedzieć. Miałem tylko nadzieję, że od taty dowiem się czegoś więcej.
      Wraz ze Scottem poszliśmy do baru w centrum Beacon Hills. Przyjechaliśmy autobusem, ponieważ mimo, że moim rodzicem jest Szeryf i pewnie nie uzyskałbym żadnej kary, to wolałem nie ryzykować. W głowie układałem już wszystko, co chcę powiedzieć. Siadając przy stoliku ze szklanką piwa, zacząłem mówić, jak to wszystko się zaczęło. Opowiadając o tym, jak wyglądała w lekkim makijażu, przechodził mnie dreszcz. Przypominałem sobie te wszystkie chwile, te jej piękne oczy, włosy, to ja się śmiała, kiedy mówiła o swojej mamie. Miałem tylko nadzieję, że nie zanudzam przyjaciela tymi szczegółowymi opisami.
      Wróciłem do domu dosyć wcześnie, ale tata już był. Dzisiaj to on czekał z kolacją.
- Bałem się, że dzisiaj Cię tu już nie zastanę. - zaśmiał się.
- Byłem ze Scottem. - odparłem, spoglądając na stół. Była na nim jajecznica, kanapki i wino.
- Siadaj. - uśmiechnął się do mnie, gestem pokazując, żebym usiadł. Posłuchałem i tak zrobiłem. Tata nalał nam wina. Chwilę zastanawiałem się, jak zacząć rozmowę o nocy z mamą Lydii na komisariacie.Chciałem dowiedzieć się też, czego dotyczy ta sprawa.
- Możemy porozmawiać? - spytałem.
- O tym marzę, synu. - odpowiedział bez wahania, spoglądając na mnie.
- Czego dotyczy to śledztwo, w którym pomaga wam Pani Martin? - spytałem bez zastanowienia. Oczekiwałem jasnej odpowiedzi. Tata jednak milczał przez dłuższy czas.

                                                                      ***


niedziela, 8 maja 2016

Rozdział7

***

    Do domu zawitałem około północy. Nie ukrywam, że tata nie był zadowolony moim późnym powrotem. Jednak mimo wszystko nic mi na ten temat nie powiedział. 
- Jak było? - zapytał, kiedy wyciągałem butelkę wody z lodówki.
- Nie najgorzej. - odparłem. Pod tym ukrywało się "nigdy nie przeżyłem lepszego wieczoru, to prawie spełnienie marzeń".
- Rozumiem, że porozmawiamy o tym innym razem? - uśmiechnął się. - mykaj na górę, za pół godziny masz spać. - zaśmiał się. Przytaknąłem, po czym poszedłem do swojego pokoju. Nie było mowy, że dzisiaj zasnę. Wziąłem prysznic i wróciłem do pokoju. Położyłem się na łóżku, patrząc w sufit. Chciałbym do niej napisać,  ale nie będę nachalny. Jeśli będzie chciała, to sama się odezwie.
    Długo rozmyślałem, aż w końcu zasnąłem. Obudził mnie dźwięk telefonu.
- SZLAK! - powiedziałem do siebie. Była ósma jeden. Zaspałem na zajęcia. Ponad to na ekranie wyświetliło mi się multum smsów od Scotta.  "Wybacz stary, dopiero wstałem." - odpisałem przyjacielowi, szybko zbierając się z łóżka. Spakowałem sprzęt na trening, kilka zeszytów i pobiegłem do Jeepa.
   Odpuściłem na pierwszą lekcję, bo nie miało sensu wchodzenie do klasy o tej porze. Poszedłem do szatni, żeby odłożyć torbę na trening. Ku mojemu zdziwieniu był tam też Jackson. Olewając najbardziej znienawidzonego przeze mnie człowieka w naszej szkole, ruszyłem w stronę swojej szafki. Usłyszałem kroki. Gdy się odwróciłem, Jackson stał już za mną.
- Byłeś wczoraj z Lydią, prawda? - powiedział, a jego oczy błyszczały nienawiścią. Nie odpowiedziałem, zamurowało mnie. - nie zbliżaj się do niej. - powiedział w końcu po chwili ciszy i wyszedł z szatni. Przewróciłem oczami, po czym schowałem torbę i poszedłem na korytarz.
    Przerwa zaczęła się po piętnastu minutach. Podchodząc do Scotta wychodzącego z klasy, rozglądałem się, czy przypadkiem Lydia nie pojawiła się w szkole, choć wiedziałem, że są na to marne szanse. Myliłem się. Uśmiech rudowłosej zauważyłem na drugim końcu korytarza. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że szła w moją stronę.
- Co ty taki niewyraźny? - zapytał Scott, ściągając mnie na ziemię.
- Późno szedłem spać. - odparłem. Lydia w końcu do nas podeszła.
- Cześć. - uśmiechnęła się.- wyspany? - zapytała, nie zmieniając wyrazu twarzy.
- Trochę. A ty? - odpowiedziałem, po czym spojrzałem na Scotta. Jego mina była bezcenna.
- Nie spałam. Stwierdziłam, że jeśli zasnę, to już do szkoły nie wstanę, a wypadało przyjść na sprawdzian z biologii. - powiedziała. Szlak, zapomniałem. - A co tam u Ciebie McCall? - zwróciła się do Scotta, żeby włączyć go w naszą rozmowę. Przyjaciel trochę się zmieszał.
- Wszystko dobrze. - odparł po chwili ciszy. Naszą rozmowę przerwał przystojniak.
- Kochanie, przyjdziesz dzisiaj na mój trening? - zapytał Jackson, całując swoją dziewczynę.
- No jasne! - odparła, totalnie nas olewając.
- Widzę, masz kolegów. - powiedział Jack, spoglądając na mnie i Scotta.
- Tak.. - zawahała się.
- Chodź, zaraz matma. - stwierdził, powoli odchodząc od nas i dając Lydii do zrozumienia, żeby poszła za nim.
- Do zobaczenia. - odparła w naszą stronę i poszła. Czułem, jak w gardle rosła mi gula. Wiem, że czeka mnie jeszcze wywiad ze Scottem, bo o niczym nie wiedział. Jednak nie chciałem o tym teraz rozmawiać.
- Jak przyjechałeś do szkoły? - zapytałem, chcąc zarzucić temat.
- Busem. - odpowiedział przyjaciel bez zastanowienia.
      Pot spływał mi z czoła strumieniami. Biegnąć już szóste kółko wokół boiska, czułem jak tracę oddech. Zostały jeszcze cztery, a miałem wrażenie, że moje płuca zaraz wyskoczą z klatki piersiowej.
- Stillinski, jak nie masz siły to usiądź. - odezwał się trener. Nie chciałem siadać, bo wiedziałem, że na trybunach siedzi Lydia. Jednak mimo to, przy ósmym kółku zrezygnowałem. Spojrzałem na widownię, ale dziewczyny tam nie było. Usiadłem na ławce, żeby chwilę odetchnąć, po czym informując trenera, że idę do toalety, poszedłem na parking szkoły. Nie mam pojęcia, co mnie tam pokierowało. Rudowłosa siedziała w swoim samochodzie i przecierała oczy chusteczką. Podbiegłem do pojazdu i zapukałem w szybę. Gdy odsłoniła oczy, zobaczyłem jej rozmazany makijaż. Szybko spojrzała w lusterko, przejechała palcami po powiekach i otworzyła okno.
- Lydia, czemu płaczesz? - spytałem
- Nie płaczę, Stiles. Te łzy są z nikąd, serio. Wracaj na trening. - tłumaczyła się.
- Są od Ciebie. - odpowiedziałem.
- Tylko. - szepnęła, ledwo coś z siebie wyduszając.
- To jest wystarczający powód. - powiedziałem, ocierając jej łzę, płynącą po policzku.


                                                              ***


dostępne również na: https://www.wattpad.com/story/66527076-stydia-you-look-like-you're-gonna-ignore-me




piątek, 22 kwietnia 2016

Rozdział6

***

     W szkole faktycznie jej nie ma. Moja nadzieja nie pryskała, aż do trzeciej lekcji. Potem uznałem, że faktycznie nie przyjdzie. Scottowi nic nie powiedziałem, o wczorajszych wydarzeniach. Jedyne na co czekałem dzisiaj, to lekcja matematyki. Jak nigdy tego pragnąłem. Ocena to będzie dobry pretekst, żeby napisać do Lydii. W końcu sama o to prosiła. 
     Kiedy zaczęła się matma, ulżyło mi na widok sprawdzonych wczorajszych prac. Profesor przywitał się z nami, po czym wziął sprawdziany do ręki i przeszedł do klasie, żeby je rozdać. 
- Stilinski, wiedziałem, że jak chcesz, to potrafisz. - powiedział, podając mi moją pracę. Nie wierzyłem własnym oczom, że mam pięć plus. Jednak, żeby powiadomić Lydie musiałem poczekać do przerwy. 
    Na przerwie poszedłem do łazienki. Nie mam pojęcia, gdzie podział się Scott, ale w tym momencie mało mnie to obchodziło. Zastanawiałem się, jak ująć w słowa wiadomość. "Dziękuję, dostałem pięć"? "Jesteś wielka, lepszej oceny nie dostanę przez całe swoje życie"? Rozważając wiele opcji, w końcu zostałem przy najprostszej: "mamy 5+ ;)". Wyszedłem z łazienki w poszukiwaniu Scotta. Po chwili mój telefon zawibrował. W sumie czemu się tu dziwić, dziewczyny mają w zwyczaju szybko odpisywać...ale nie mi. Na widok wiadomości, serce zabiło mi mocniej: "To może opowiesz mi wieczorem na spacerze, jak to się stało, że tak doskonale Ci poszło? ;D". Bez wahania się zgodziłem. Umówiliśmy się o dziewiętnastej pod jej domem. Schowałem telefon, a moje bujanie w obłokach przerwał mi Scott.
- Wszędzie cię szukam! - powiedział. 
- Coś się stało? - zdziwiłem się.
- Trener powiedział, że jedziemy na zawody i musimy obowiązkowo zostać jutro po szkole. - poinformował mnie. 
- Nie ma sprawy. - odparłem. Po dzwonku poszliśmy na lekcje. Potem na kolejną, i jeszcze jedną. Aż w końcu przyszedł czas na dom. 
     Wziąłem najlepsze perfumy, jakie miałem, ubrałem się w najlepszą koszulkę i jeansy. Zmieniałem strój chyba cztery razy, żeby nie wyglądać zbyt elegancko. 
- Idziesz na randkę? - zapytał tata, który wszedł do mojego pokoju nieproszony.
- Nie, to tylko spacer z koleżanką. - odparłem.
- Tak, też to tak nazywałem. - westchnął. - te spodnie są dziurawe, weź lepiej te z łazienki, które ci wyprałem. - przewróciłem oczami, ale stwierdziłem, że go posłucham. Poszedłem się przebrać. Kiedy wybiła osiemnasta trzydzieści wyszedłem z domu. Idąc ciemną uliczką, dziękowałem Bogu, że nie pada deszcz. Gdy podszedłem pod dom Martin, Lydia już tam stała. Dzisiaj miała rozpuszczone włosy i mocno różową szminkę. Podchodząc bliżej, zauważyłem, że dziś ma mocniejszy makijaż niż wczoraj. Mocno przylegające jeansy, idealnie pasowały do tych wysokich butów, białej koszulki i kremowej kurtki ze skóry. Przywitaliśmy się podaniem ręki, po czym ruszyliśmy przed siebie. Opowiadała mi o swoich kontaktach z mamą. Kiedy tego słuchałem, dochodziło do mnie, że między mną i moim tatą nie jest tak źle, jak myślałem. 
- Zaszliśmy trochę daleko. - stwierdziła po około dwóch godzinach naszego spaceru.  
- Masz pojęcie gdzie jesteśmy? - zapytałem, rozglądając się po okolicy. Zaśmiała się i pokiwała przecząco głową.
- Patrz, tam jest chyba przystanek autobusowy! - powiedziała, wskazując palcem gdzieś w głąb ciemności. Nic tam nie widziałem. - no chodź, sprawdzimy. - powiedziała, chwytając mnie za rękę i ciągnąc za sobą. Faktycznie był tam przystanek. Autobus, który zatrzymuje się przy naszej okolicy miał jechać dopiero za pół godziny, więc usiedliśmy na ławce, która była obok. 
- Jak to jest być najbardziej pożądaną dziewczyną w całej szkole? - zapytałem, żeby przerwać niezręczną ciszę. 
- Ciężko, bo z nikim się nie dogadasz. Każdy spojrzy na ciebie, jak na tą dupę do zaliczenia i tyle. - powiedziała. Podczas tej wypowiedzi nie spojrzała na mnie ani razu. 
- A ty? Zakochujesz się czasem, czy jesteś z kimś po to, żeby mieć spokój? - spytałem szczerze. Zawsze dręczyło mnie to pytanie.
- Zakochuję się, jak chyba każda dziewczyna. - zaśmiała się. - Kiedyś w podstawówce nawet ty mi się podobałeś. - w końcu na mnie spojrzała.
- Poważnie? - to mnie zabolało. Czyli jest duże prawdopodobieństwo, że ja i Lydia Martin podobaliśmy się sobie nawzajem. Gdybym tylko wtedy wiedział... 
- Tak. Ale dobrze, że mi przeszło. - powiedziała, zarzucając włosami. 
- Czemu dobrze? - zdziwiłem się. 
- Bo Tobie się nie podobam i zapewne nie doszłoby do tej rozmowy teraz, bo już dawno byś mnie odtrącił. 
- A skąd wiesz, że mi się nie podobasz? - nie żałuję, że to powiedziałem.
- Bo to widać. - uśmiechnęła się. Ulżyło mi, że tego nie wie, ale za razem żałowałem, że nie wykorzystałem tej sytuacji w inny sposób. 

                                                                     *** 





piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział5

***

    Atmosfera była lekko napięta. Pizza przyszła chwilę po powrocie naszych rodziców. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie tę kolację. Gdy zjedliśmy tata grzecznie zasugerował, żebyśmy poszli z Lydią na górę. Wątpię, że była zachwycona tym pomysłem, ale posłuchaliśmy go. 
- Skąd nasi rodzice się znają? - zapytała Lydia, kiedy zamknąłem drzwi pokoju.
- Pewnie poznali się na komisariacie przy jakieś sprawie. - zasugerowałem, siadając na łóżko. Lydia chodziła po moim pokoju, obserwując plakaty i rzeczy na półkach. Bałem się, że odkryje coś, czego nie chciałbym, żeby wiedziała, ale miałem nadzieję, że nic takiego się w tym pomieszczeniu nie znajduje. 
- Lubisz lackross? - zapytała.
- Jestem w drużynie. - odparłem.
- Nie często chyba grasz, prawda? - zaśmiała się. Nie chciałem na to odpowiadać, więc przemilczałem. - Scott jest twoim przyjacielem? - zapytała, spoglądając na nasze wspólne zdjęcie, które leżało na biurku. 
- Tak, znamy się od podstawówki. - odpowiedziałem, uśmiechając się. 
- To słodkie. - powiedziała, podnosząc ramkę. - Zawsze chciałam mieć przyjaciółkę. - zaskoczyła mnie tym stwierdzeniem.
- Nigdy nie miałaś? - spytałem.
- Nigdy nie miałam nikogo, kogo mogłabym nazwać przyjacielem. Z chłopakami zwykle kończyło się to związkiem, a dziewczyny.. nie wiem, po prostu nie umiemy się dogadać. - odparła, co jakiś czas spoglądając na mnie. Oparła się o biurko, czekając aż odpowiem. A ja zaniemówiłem. Po chwili ciszy zebrałem się, żeby odpowiedzieć.
- Nie dziwię się. Ciężko spotkać chłopaka w szkole, który by nie marzył o randce z Tobą. - odpowiedziałem. 
- Nawet Ci zajęci? - jej mina wyrażała o wiele więcej, niż obrzydzenie.
- Pewnie tak. - powiedziałem, uśmiechając się. 
- I pomyśleć, że mój chłopak tego nie docenia. - powiedziała pod nosem, ale mimo to usłyszałem.
- Dlaczego nie docenia? - spojrzała na mnie. Patrzyła mi prosto w oczy, pewnie zastanawiając się, czy może mi zaufać. 
- Nie chcę o tym rozmawiać, wybacz. - odpowiedziała, spuszczając wzrok. 
- Rozumiem. - odparłem.
- Powinnam już iść. Rano wstajesz do szkoły. - uśmiechnęła się.
- A ty?- postanowiłem zapytać.
- Mnie się tam jutro nie spodziewaj. Daj znać o ocenie z matmy. 
- Mam do ciebie przyjść i oznajmić, jaką mam ocenę? - zaśmiałem się.
- Po prostu napisz. - powiedziała zapisując na pierwszej lepszej kartce na biurku swój numer. Potem jeszcze raz posłała mi ciepły uśmiech i wyszła z pokoju. Powinienem ją odprowadzić, ale nie miałem siły. Zbyt dużo przeżyć, jak na jeden dzień. Wziąłem ręcznik, bokserki na zmianę i poszedłem pod prysznic. Słyszałem z łazienki, jak tata żegna się z mamą Lydii, dlatego po kąpieli spokojnie wszedłem do salonu, gdzie tata sprzątał po kolacji. 
- Tato, mogę o coś zapytać? - zawahałem się.
- Przepraszam, że nie wyglądało to tak, jak ustalaliśmy. - nie mam pojęcia, dlaczego mnie za to przeprasza.
- Łączy cię coś z Panią Martin? - zapytałem wprost.
- Skąd, to było tylko służbowe spotkanie, pomaga nam w śledztwie. - zaśmiał się. Trochę mi ulżyło. 
- Pomóc Ci? - spytałem, patrząc jak tata zbiera talerze i szklanki.
- Dam sobie radę. Idź już spać, bo zaśpisz do szkoły. - posłał mi szeroki i troskliwy uśmiech. Odwzajemniłem to i poszedłem do siebie na górę.
      Rano o dziwo wstałem bez problemu. Spokojnie naszykowałem sobie rzeczy do szkoły i zjadłem śniadanie. Tata odebrał mi przed pracą Jeepa z warsztatu, więc nie byłem zdany na autobus. I całe szczęście. Miałem pół godziny w zapasie, więc wróciłem do swojego pokoju. Na biurku leżała kartka z numerem Lydii. Wyciągając z kieszeni telefon, wahałem się, czy go zapisać. W końcu jednak to zrobiłem. Uśmiechając się do siebie, usiadłem na łóżku. Przypomniałem sobie, że dzisiaj jej nie będzie. Przez chwilę ogarnął mnie smutek. Wspominałem naszą wczorajszą rozmowę. Przykro mi, że nie ma żadnych przyjaciół i nigdy nie miała. Najwidoczniej z Jacksonem też jej się nie układa. Może dlatego postanowiła zjeść ze mną tę kolację? Chciała o nim nie myśleć, albo zrobić mu na złość? W mojej głowie rodziło się pełno pytań, dlaczego ja. Po pół godzinie poszedłem do Jeepa i pojechałem po Scotta.

                                                                          ***

piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział4

***

        Chwilę później Profesor wszedł do klasy. Sprawdzian Lydii leżał nadal na mojej ławce. Kiedy przyszedł czas oddania prac, starałem się zakryć imię i nazwisko, żeby nie zrobić zamieszania. Wychodząc z sali chciałem podziękować dziewczynie i zapytać, dlaczego mi pomogła - o ile pomogła - ale szybko uciekła. Na resztę lekcji nie przyszła. Po wszystkich zajęciach poszliśmy ze Scottem na trening lackross, gdzie również się nie popisałem. Cały dzień zleciał mi zadziwiająco szybko i bezsensownie.
    O dwudziestej wyszedłem z domu na krótki spacer. Przechodząc obok komisariatu, postanowiłem wejść i zobaczyć co u taty. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy byli zapracowani. Skręciłem do biura szeryfa, który też wyglądał na zajętego.
- Cześć tato. - powiedziałem. Uniósł głowę, a jego mina przedstawiała coś więcej niż tylko zaskoczenie.
- Co tu robisz? - zapytał. Usiadłem na kanapie, ściągając z siebie kurtkę.
- Wpadłem zobaczyć,  jak się masz. - uśmiechnąłem się do taty, mając nadzieję, że nie będzie zły.
- Cieszę się. - odwzajemnił mój uśmiech. - Jak w szkole? - zapytał, układając na biurku jakieś papiery.
- Dobrze, mieliśmy dzisiaj sprawdzian z matmy. - odparłem.
- I jak Ci poszło? - gdyby mnie znał, nie zadałby mi tego pytania. Nigdy nie byłem dobry z matmy. W sumie z niczego nie byłem dobry, nadal jestem zwykłym leniem.
- Mam nadzieję, że dobrze. - odpowiedziałem przypominając sobie sytuację, jaka zaszła na sprawdzianie. 
- Twoje oceny z matmy zazwyczaj są marne, mam nadzieję, że tym razem się przyłożyłeś? - o proszę, jednak co nie co o mnie wie.
- Możliwe, że tym razem będzie lepiej. - uśmiechnąłem się. Rozmowę przerwał nam zastępca:
- Mamy nowe zgłoszenia, chyba musimy się zbierać szeryfie. - zakomunikował. Wziąłem do ręki kurtkę, dając do zrozumienia, że wyjdę i nie będę przeszkadzał. 
- Stiles - znów zatrzymał mnie tata. Odwróciłem się, żeby na niego spojrzeć. - zamów pizze na około dwudziestą drugą. Zjemy razem kolację. - uśmiechnął się. Przytaknąłem, odwzajemniając uśmiech i wyszedłem z biura.  
    Zaczynało kropić, więc zastanawiałem się, czy wracać do domu. Chodziłem uliczkami Beacon Hills już około godziny. Przypominając sobie słowa taty, zadzwoniłem do najbliższej pizzerii i zamówiłem naszą kolację. Idąc dalej chodnikiem, na którym było już mnóstwo śladów deszczu, poczułem, że ktoś podąża za mną. Zwolniłem kroku, aby upewnić się, że nic mi nie grozi. Mimo, że było to małe miasto, to nie do końca niewinne. Dlatego mój tata ma zwykle tak dużo pracy.
- Stiles? - usłyszałem dziewczęcy głos. Odwróciłem się niepewnie. Długie, rude włosy były spięte w kucyk. Nie miała na sobie dużej ilości makijażu, jak to zwykle w szkole. Ubrana była w jeansową kurkę, białą bluzkę i spódniczkę, oraz tradycyjnie - wysokie buty. Nie jest jej zimno? 
- Śledzisz mnie? - spytałem zaskoczony. Mimo tego, jak bardzo pociąga mnie jej wygląd, starałem się opanować i nie dawać tego po sobie poznać.
- Nie, mieszkam przecież niedaleko. - uśmiechnęła się. 
- A, przepraszam. - znów wyszedłem na głupka.
- Nie często Cię tu widuję, dlatego mnie zaskoczyłeś. - ciągnęła rozmowę.
- Tak jakoś idę dzisiaj przed siebie, nie wiem jak się tu znalazłem. - po chwili zorientowałem się, co powinienem zrobić. - odprowadzić cię? - spytałem
- Chodź. - gestem pokazała, abyśmy ruszyli.
- Dziękuję, że pomogłaś mi na matmie. - powiedziałem w końcu. 
- Nie ma sprawy, nic prostszego. Chociaż tak mogłam się odwdzięczyć, że nie zepsułeś przyjęcia mojej mamy. 
- Nie rozumiem. - odparłem.
- Jest tu raz na rok. - powiedziała. Faktycznie, mama Lydii nie jest częstym gościem w Beacon Hills. - zazwyczaj, kiedy zabiera mnie i dziadków do drogiej restauracji, to wynajęci kelnerzy skupiają się na tym, żeby zdobyć mój numer, niż na konkretnej obsłudze. Jak usłyszała, że jesteś z mojej szkoły, nie była zadowolona, jednak pod koniec przyjęcia widziałam, że to się zmieniło, bo wszystko było takie normalne...takie jak powinno być. - kiedy to mówiła, co jakiś czas zerkała mi w oczy. Moje serce biło jak oszalałe, miałem tylko nadzieję, że tego nie widać w żaden sposób. 
- Miło mi. Mimo wszystko napisanie za mnie sprawdzianu to zdecydowanie za dużo. Może chcesz wpaść do mnie na pizze? - zaryzykowałem. 
- W sumie..czemu nie! Mamy i tak nie ma w domu, a Jackson... - słysząc to imię przeszedł mnie dreszcz - ..nie ma o czym mówić. Chodźmy. - dawno nie widziałem jej tak rozpromienionej. Skręciliśmy w uliczkę, która prowadziła do mojego domu. Nie docierało do mnie co właśnie zrobiłem. 
     Kiedy weszliśmy do domu była dwudziesta pierwsza trzydzieści. Lydia ściągnęła kurtkę i powiesiła przy wejściu. Gestem pokazałem, żeby poszła do salonu.
- Napijesz się czegoś? - spytałem.
- Wody. - odpowiedziała z uśmiechem. Poszedłem więc do kuchni po dwie szklanki i wodę. Gdy wróciłem, dziewczyna siedziała już na kanapie, a TV był włączony. 
- Proszę. - podałem jej szklankę i usiadłem obok.
- Dziękuję - odparła. 
- Mogę o coś zapytać? - wymamrotałem.
- Śmiało. - uśmiechnęła się, biorąc łyk zimnego napoju.
- Dlaczego nagle jesteś dla mnie taka miła? - tak, naprawdę mnie to zastanawiało.
- A byłam kiedyś niemiła? - odpowiedziała zdziwiona.
- Na przykład na przyjęciu swojej mamy. - odparłem bez wahania. Zaśmiała się.
- Bałam się, że jesteś taki jak inni i zatrzymasz mnie przy tej łazience, dlatego musiałam cię jakoś spławić. Wybacz. - uśmiech nie schodził jej z twarzy. Wyglądała tak ślicznie, a przez to jej zachowanie czułem, że kocham ją coraz bardziej, czego nie mogłem okazać w żadnym stopniu. 
- Nie ma sprawy. - odpowiedziałem odwzajemniając uśmiech. Wybaczyłem jej już o wiele wcześniej. Naszą rozmowę przerwał dźwięk otwierających się drzwi. 
- Tato, Lydia zje z nami kolację. - zakomunikowałem, kiedy szeryf przekroczył próg domu.
- A to niespodzianka - powiedział lekko zaskoczony - bo Natalie też zje dzisiaj z nami. - powiedział, a w drzwiach pojawiła się Pani Martin. 

                                                                ***