Jeśli mam być szczery, to mnie zamurowało. Od bardzo dawna, to dziewczyna przedstawia mi się jako pierwsza, przysięgam.
- Jestem Stiles, miło mi. - uśmiechnąłem się.
- Zatańczysz?- spytała. Już miałem porwać się w rytm muzyki, kiedy nagle oświeciło mnie, dlaczego tu jestem.
- Innym razem. - odpowiedziałem, idąc w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą widziałem Scotta. Zrobiło mi się głupio, kiedy uświadomiłem sobie, jak spławiłem dziewczynę, mam nadzieję, że nie będzie chowała do mnie przez to żadnej urazy. Po kilku minutach znalazłem przyjaciela. Gestem starałem się wytłumaczyć mu, żebyśmy wyszli z tłumu, ale nie rozumiał, więc po prostu go za sobą pociągnąłem. Nie zatrzymując się nigdzie po drodze, poszliśmy do pomieszczenia, gdzie czekała na nas Lydia.
- Nareszcie. - powiedziała z lekkim oburzeniem.
- Mogłaś go sama szukać. - odpowiedziałem.
- Co się dzieje? - zapytał Scott, przerywając naszą sprzeczkę.
- Musimy się zbierać, więc przejmujesz dowodzenie. - powiedziała jasno. - Idziemy Stiles. - dodała, biorąc mnie za rękę i ciągnąc za sobą. Nie miałem nawet chwili, żeby wytłumaczyć przyjacielowi co się dzieje, za bardzo mnie poganiała. Szybko znaleźliśmy się poza domem. Wśród niewielu aut, dojrzałem Jeepa, w stronę którego ruszyłem. Lydia patrzyła na mnie pytająco.
- A czym chcesz jechać? - spytałem, stając przy swoim aucie.
- Przyjechałeś autem na imprezę? - nie ukrywała swojego zdziwienia.
- Jak widać, opłacało się. Wsiadasz? - wpatrywałem się, jak wiatr rozwiewa jej piękne włosy. Nie była mocno pomalowana, jak przypuszczałem. Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym uśmiechnęła się i wsiadła do Jeepa. Zamknąłem za nią drzwi, po czym usiadłem na swoje miejsce.
Po drodze dużo rozmawialiśmy, zastanawiając się, co się stało, że rodzice postanowili wezwać naszą dwójkę. Zaparkowałem na terenie komisariatu. Chciałem, żeby Lydia szła przodem, ale nie pozwoliła na to. Do pokoju, gdzie siedział tata z Panią Martin weszliśmy równo. Mama Lydii wyglądała, jakby odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła swoją córkę.
- Dobry wieczór. - przywitaliśmy się oboje. Tata tylko kiwnął głową, a Pani Martin posłała nam ciepły uśmiech. Usiedliśmy na kanapie, naprzeciwko biurka Szeryfa i w ciszy czekaliśmy, aż dowiemy się, po co tu jesteśmy.
- Wiecie, że w okolicy grasuje morderca. - odezwał się w końcu tata.
- Tak. - odpowiedzieliśmy jakby chórkiem.
- Dlatego wolimy mieć Was na oku. - powiedziała mama Lydii.
- że co?! - Lydia dosłownie krzyknęła. Dawno nie widziałem jej tak zdenerwowanej.
- Kochanie, wiesz że się o Ciebie martwię. Co dla ciebie za różnica, czy posiedzisz z nami tutaj, czy w domu? - Martin próbowała uspokoić swoją córkę, ale wiedziałem, że to nie będzie skuteczne. Lydia jest zbyt uparta, a fakt, że u niej w domu właśnie jest impreza, jeszcze bardziej ją trzyma przy swoim. Rudowłosa wstała, dając do zrozumienia wszystkim, że zaraz wyjdzie z pomieszczenia.
- Lydia, nie denerwuj się. Mama chce dla Ciebie jak najlepiej. Wysłaliśmy wszystkich policjantów w teren, ale nie są w stanie pilnować każdego zakątku Beacon Hills. Co jeżeli trafi teraz na Ciebie? Jakby nie patrzeć, byłaś świadkiem poprzedniego morderstwa. - ciągnął tata. To co mówił, jeszcze bardziej oburzało dziewczynę. Widziałem to po jej wyrazie twarzy.
- Nic mi nie będzie. - odpowiedziała i bez ani jednego słowa więcej, wyszła. Spojrzałem na Szeryfa, który zmartwił się tą sytuacją. Wzrokiem dziękował mi, że nie robię takich scen, choć wiedział, że nie cieszy mnie siedzenie tutaj w piątek wieczorem. Mama Lydii wstała, chcąc iść uspokoić córkę. Zatrzymałem ją przy samym wyjściu.
- Porozmawiam z nią. - powiedziałem, ruszając w stronę drzwi.
Lydia chodziła w te i z powrotem na chodniku, niedaleko komisariatu. Podszedłem do niej, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę, żeby nie doprowadzić jej do szału.
- Nareszcie. - odparła, widząc, jak zbliżam się w jej stronę.
- O co Ci chodzi? - spytałem.
- O co? Nie widzisz, że chcą zepsuć nam zabawę? Założę się, że jakiś sąsiad naskarżył, że jest za duży hałas i wezwali nas tu za karę. - mówiąc to, cała się trzęsła. Miałem ochotę wziąć ją w ramiona i wytłumaczyć, że to tylko ich troska, ale nie mogłem tego zrobić. Zdecydowanie by mnie odepchnęła.
- Martwią się. Czemu nie możesz po prostu zaufać swojej mamie? - zapytałem, wahając się, czy dobrze robię.
- Zaufać? Chcesz powiedzieć, że tu zostajesz, tak? - nie chciałem na to odpowiadać, wiedziałem, że jeszcze bardziej się zdenerwuje.
- Zostaję. - przełamałem się po chwili milczenia.
- Super. Szerokiej drogi. Jackson po mnie przyjedzie. - powiedziała, trzęsąc się z zimna.
- Wejdź chociaż na chwilę do środka, zamarzniesz tutaj. - odparłem, wiedząc że nie mam tutaj żadnej władzy.
- Nie wracam tam. - odpowiedziała. Westchnąłem, ściągając swoją kurtkę.
- To weź chociaż to. - powiedziałem, nakładając okrycie na jej ramiona - cześć. - odparłem, po czym odszedłem. Z daleka jeszcze na mnie spojrzała, z wyrazem twarzy, który mówił "dziękuję". Wszedłem do pokoju, gdzie siedzieli nasi rodzice, bez słowa. Chciałem przeprosić, że nie dałem rady porozmawiać z jej córką, ponieważ ona pewnie zrobiłaby to o wiele lepiej. Nie miałem siły wydusić z siebie żadnego wyrazu. Chwilę później z okien komisariatu dostrzegłem auto Jacksona.
***
- Dobry wieczór. - przywitaliśmy się oboje. Tata tylko kiwnął głową, a Pani Martin posłała nam ciepły uśmiech. Usiedliśmy na kanapie, naprzeciwko biurka Szeryfa i w ciszy czekaliśmy, aż dowiemy się, po co tu jesteśmy.
- Wiecie, że w okolicy grasuje morderca. - odezwał się w końcu tata.
- Tak. - odpowiedzieliśmy jakby chórkiem.
- Dlatego wolimy mieć Was na oku. - powiedziała mama Lydii.
- że co?! - Lydia dosłownie krzyknęła. Dawno nie widziałem jej tak zdenerwowanej.
- Kochanie, wiesz że się o Ciebie martwię. Co dla ciebie za różnica, czy posiedzisz z nami tutaj, czy w domu? - Martin próbowała uspokoić swoją córkę, ale wiedziałem, że to nie będzie skuteczne. Lydia jest zbyt uparta, a fakt, że u niej w domu właśnie jest impreza, jeszcze bardziej ją trzyma przy swoim. Rudowłosa wstała, dając do zrozumienia wszystkim, że zaraz wyjdzie z pomieszczenia.
- Lydia, nie denerwuj się. Mama chce dla Ciebie jak najlepiej. Wysłaliśmy wszystkich policjantów w teren, ale nie są w stanie pilnować każdego zakątku Beacon Hills. Co jeżeli trafi teraz na Ciebie? Jakby nie patrzeć, byłaś świadkiem poprzedniego morderstwa. - ciągnął tata. To co mówił, jeszcze bardziej oburzało dziewczynę. Widziałem to po jej wyrazie twarzy.
- Nic mi nie będzie. - odpowiedziała i bez ani jednego słowa więcej, wyszła. Spojrzałem na Szeryfa, który zmartwił się tą sytuacją. Wzrokiem dziękował mi, że nie robię takich scen, choć wiedział, że nie cieszy mnie siedzenie tutaj w piątek wieczorem. Mama Lydii wstała, chcąc iść uspokoić córkę. Zatrzymałem ją przy samym wyjściu.
- Porozmawiam z nią. - powiedziałem, ruszając w stronę drzwi.
Lydia chodziła w te i z powrotem na chodniku, niedaleko komisariatu. Podszedłem do niej, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę, żeby nie doprowadzić jej do szału.
- Nareszcie. - odparła, widząc, jak zbliżam się w jej stronę.
- O co Ci chodzi? - spytałem.
- O co? Nie widzisz, że chcą zepsuć nam zabawę? Założę się, że jakiś sąsiad naskarżył, że jest za duży hałas i wezwali nas tu za karę. - mówiąc to, cała się trzęsła. Miałem ochotę wziąć ją w ramiona i wytłumaczyć, że to tylko ich troska, ale nie mogłem tego zrobić. Zdecydowanie by mnie odepchnęła.
- Martwią się. Czemu nie możesz po prostu zaufać swojej mamie? - zapytałem, wahając się, czy dobrze robię.
- Zaufać? Chcesz powiedzieć, że tu zostajesz, tak? - nie chciałem na to odpowiadać, wiedziałem, że jeszcze bardziej się zdenerwuje.
- Zostaję. - przełamałem się po chwili milczenia.
- Super. Szerokiej drogi. Jackson po mnie przyjedzie. - powiedziała, trzęsąc się z zimna.
- Wejdź chociaż na chwilę do środka, zamarzniesz tutaj. - odparłem, wiedząc że nie mam tutaj żadnej władzy.
- Nie wracam tam. - odpowiedziała. Westchnąłem, ściągając swoją kurtkę.
- To weź chociaż to. - powiedziałem, nakładając okrycie na jej ramiona - cześć. - odparłem, po czym odszedłem. Z daleka jeszcze na mnie spojrzała, z wyrazem twarzy, który mówił "dziękuję". Wszedłem do pokoju, gdzie siedzieli nasi rodzice, bez słowa. Chciałem przeprosić, że nie dałem rady porozmawiać z jej córką, ponieważ ona pewnie zrobiłaby to o wiele lepiej. Nie miałem siły wydusić z siebie żadnego wyrazu. Chwilę później z okien komisariatu dostrzegłem auto Jacksona.
***

Przeczytałam wszystkie rozdziały jednym tchem :) Naprawdę świetnie piszesz! nie mogę się doczekać następnego :)
OdpowiedzUsuńPOzdrawiam,
BookGirl
http://konieckropka-bookgirl.blogspot.com/
aw, to miłe, dziękuję! :)
Usuń